Z kuchni dobiegł śmiech. Kobiecy śmiech.
Elżbieta zastygła. To nie była Marta. Ten głos był obcy.
— Andrzej, ty to naprawdę jesteś komediant — powiedziała jakaś kobieta.
— Ela wraca dopiero jutro. Zdążymy wszystko ogarnąć — odpowiedział jej mąż.
Elżbieta oparła się o ścianę, bo kolana nagle zrobiły się miękkie. Co się dzieje? Kim jest ta kobieta? O czym oni mówią?
— A jeśli przyjedzie wcześniej? — zapytała tamta.
— Nie przyjedzie. Ona jest punktualna jak zegarek. Powiedziała, że jutro rano, to będzie jutro rano.
Znowu się roześmiali. Elżbieta zamknęła oczy. Powietrze ugrzęzło jej w gardle.
Ruszyła korytarzem cicho, prawie bezszelestnie. Drzwi do kuchni były uchylone. Zajrzała.
Przy stole siedział Andrzej w podkoszulku i dresowych spodniach. Miał rozczochrane włosy i zadowoloną, rozluźnioną twarz. Naprzeciwko niego siedziała kobieta około trzydziestki. Ciemnowłosa, zadbana, z mocnym makijażem. Na ramionach miała jej, Elżbiety, szlafrok.
Na stole stały dwa kieliszki, miska sałatki śledziowej i ogórki kiszone. Andrzej trzymał tę kobietę za rękę.
— Monika, jesteś po prostu niezwykła — powiedział półgłosem.
Monika? Jaka Monika?
— A twoja żona? — zapytała obca kobieta, przekrzywiając głowę z kokieteryjnym uśmiechem. — Przecież mówiłeś, że ją kochasz.
— Kocham. Ale to co innego. Przy tobie czuję, że żyję.
Elżbieta zacisnęła palce na framudze. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Trzydzieści lat małżeństwa. Trzydzieści lat wiary, troski, cierpliwości. A on…
— Andrzej — wyszeptała.
Oboje odwrócili się gwałtownie. Andrzej zbladł tak, jakby ktoś wylał mu na twarz zimną wodę. Otworzył usta, ale przez chwilę nie wydobył z siebie ani słowa. Kobieta zerwała się z krzesła i poprawiła szlafrok.
— Ela? Przecież ty… przecież miałaś jutro… — wybełkotał mąż.
— Kto to jest? — Elżbieta wskazała drżącą ręką na brunetkę.
— To Monika. Koleżanka. Z pracy.
— Koleżanka? — Elżbieta przesunęła po niej wzrokiem. — Koleżanka w moim szlafroku?
— Wiecie co, ja chyba pójdę — Monika ruszyła w stronę wyjścia. — Andrzej, zdzwonimy się.
— Stój! — krzyknęła Elżbieta. — Nigdzie nie idź. Macie mi wyjaśnić, co tu się dzieje.
Monika zatrzymała się w pół kroku. Na jej twarzy pojawiło się poczucie winy, ale płytkie, jakby bardziej niewygoda niż wstyd.
— My tylko rozmawialiśmy — powiedziała. — Andrzej pomagał mi przy sprawozdaniu.
— Przy sprawozdaniu? — Elżbieta roześmiała się krótko, ostro, prawie histerycznie. — O tej porze? W moim szlafroku?
— Ela, uspokój się — Andrzej wstał. — To nie jest tak, jak myślisz. Monika poprosiła mnie o pomoc w pracy, poszedłem do niej. Potem zaprosiła mnie na herbatę…
— Na herbatę? — Elżbieta wskazała na kieliszki. — To jest herbata?
— No… trochę wypiliśmy.
— Założyła mój szlafrok. W moim mieszkaniu. Przy moim stole. Kiedy ja pielęgnowałam chorą matkę.
Andrzej zrobił krok w jej stronę.
— Ela, nie krzycz. Sąsiedzi usłyszą.
— Sąsiedzi? — cofnęła się, jakby ją uderzył. — Teraz martwisz się o sąsiadów? A o mnie myślałeś, kiedy przyprowadzałeś tutaj tę… tę…
— Nic nie było! — Andrzej chwycił ją za ramiona. — Przysięgam, nic!
Elżbieta spojrzała mu prosto w oczy. Widziała panikę, strach. I kłamstwo. Po trzydziestu latach wspólnego życia czytała z niego jak z kartki.
— Puść mnie — powiedziała cicho.
— Ela…
— Powiedziałam: puść!
Rozluźnił dłonie. Trzęsły mu się palce.
— Ja pójdę — wymamrotała Monika i znów ruszyła do przedpokoju.
— Stój! — warknęła Elżbieta. — Najpierw zdejmij szlafrok.
— Ela, przy mnie? — Andrzej próbował stanąć między nimi.
— A co, nagle się wstydzisz? — odepchnęła go. — Nie wstydziłeś się, kiedy częstowałeś ją w moim szlafroku.
Monika zsunęła szlafrok z ramion i rzuciła go na krzesło. Pod spodem miała obcisłe dżinsy i krótki top.
— Przepraszam — rzuciła i wybiegła.
Drzwi trzasnęły.
Elżbieta opadła na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Łez nie było. Była pustka. Wielka czarna dziura w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą biło serce.
— Ela, porozmawiajmy spokojnie — Andrzej usiadł obok. — Wszystko ci wytłumaczę.
— Tłumacz.
— Monika naprawdę poprosiła mnie o pomoc przy sprawozdaniu. Poszedłem, pomogłem. Potem zaproponowała, żebyśmy wypili za dobrze zrobioną robotę.
— O dziewiątej wieczorem?
— Tak wyszło…
— I do środka nocy robiliście to sprawozdanie? — Elżbieta podniosła gwałtownie głowę. — Cztery godziny?
Andrzej milczał. Twarz miał czerwoną, spoconą, obcą.
— Andrzej, nie jestem głupia — powiedziała cicho. — Trzydzieści lat żyję z tobą pod jednym dachem. Wiem, kiedy kłamiesz.
— Ale naprawdę nic nie było! Tylko rozmawialiśmy! Ona jest samotna, nie ma z kim zamienić słowa.
— A ze mną nie masz o czym rozmawiać?
— Z tobą rozmawiamy o domu. O wnuczce. O twojej mamie. A z nią… z nią o czymś innym.
Elżbieta wstała. W piersi zapłonął jej ból, gorący i poniżający.
— O czymś innym? — powtórzyła. — A ja czym jestem? Nie jestem człowiekiem? Jestem kuchenną szafką?
— Nie to miałem na myśli.
— To jak to nazwać? Jak?! — uderzyła pięścią w stół. — Przez trzydzieści lat prowadziłam dom. Dla ciebie. Dla dzieci. Pogrzebałam swoją pracę, swoje plany, swoje życie. A ty mi mówisz, że ze mną nieciekawie?
