— Ela, uspokój się…
— Nie uspokoję się! — zaczęła chodzić po kuchni jak zamknięta w klatce. — Prasuję ci koszule, gotuję obiady, myję podłogi, pilnuję rachunków. A ty z koleżankami z pracy rozmawiasz „o czymś innym”.
— Z jedną! To była jedna sytuacja!
— Jedna? Dzisiaj jedna? — zatrzymała się nagle. — A ile ich było przed nią?
— Nikogo nie było.
— Kłamiesz! — podeszła tak blisko, że musiał cofnąć głowę. — Ile razy zostawałeś „w pracy”? Ile było „narad”? Ile „integracji”?
— To naprawdę była praca!
— Praca? Taka jak dzisiaj z Moniką?
Andrzej spuścił wzrok.
— Ela, ja cię kocham. Naprawdę. Jesteś mi najbliższa.
— Najbliższa? — zaśmiała się gorzko. — Jak stare kapcie, co stoją przy łóżku?
— Jak mam ci to powiedzieć?
— Jak?! — łzy wreszcie ruszyły, gwałtownie, bez opamiętania. — Oddałam ci całe życie. Całe! A ty szukasz młodszych?
— Nie szukam! Monika sama…
— Sama co? Sama weszła w mój szlafrok? Sama wzięła cię za rękę? Sama postawiła kieliszki na stole?
Andrzej nie odpowiedział.
— Mów! — krzyknęła Elżbieta. — Sama?
— To było obustronne.
Elżbieta chwyciła się za pierś. Przez sekundę zabrakło jej powietrza.
— Czyli ty też chciałeś. Czyli ty ją…
— Ela, proszę, nie…
— Właśnie że tak. Ile to trwa? Ile?
— Trzy miesiące.
Elżbieta osunęła się na podłogę, jakby ktoś podciął jej nogi. Trzy miesiące. Trzy miesiące patrzył jej w oczy, całował ją na dobranoc, mówił, że kocha. A potem szedł do niej.
— Rzadko się widywaliśmy — dodał szybko.
— Rzadko? — podniosła na niego mokre oczy. — Czyli jednak się widywaliście. Koniec. Wszystko skończone.
— Dokąd idziesz?
— Nie twoja sprawa. Byle dalej od ciebie.
Podniosła się i poszła do przedpokoju. Andrzej pobiegł za nią.
— Ela, zostań. Pogadamy rano. Na spokojnie, z trzeźwą głową.
— Z trzeźwą głową? — szarpała rękaw płaszcza. — Ja teraz będę musiała całe życie przemyśleć z trzeźwą głową.
— Nie wychodź, proszę.
Odwróciła się. Stał przed nią w znoszonych slipach i podkoszulku, łysiejący, z wystającym brzuchem, nagle żałosny i mały.
— Wiesz co? — powiedziała. — Idź do swojej Moniki. Porozmawiacie sobie o czymś innym.
Trzasnęła drzwiami i zbiegła po schodach. Nie czekała na windę, bo bała się, że Andrzej ją dogoni.
Na dworze było zimno. Stała przed blokiem i nie wiedziała, dokąd iść. Do Marty nie pojedzie, obudzi wnuczkę. Do mamy za daleko, ostatni pociąg już odjechał.
Wtedy przypomniała sobie o Krystynie. Mieszkała kilka ulic dalej. Wybrała numer.
— Ela? Co się stało o trzeciej w nocy? — odezwał się zaspany głos przyjaciółki.
— Krysiu, mogę do ciebie przyjechać? Muszę.
— Oczywiście. Co się stało?
— Opowiem na miejscu.
W taksówce patrzyła na mokre ulice i myślała tylko o jednym. Trzydzieści lat. Całe życie. I co jej zostało? Pustka. Upokorzenie. Zdrada.
Krystyna otworzyła drzwi w pogniecionym szlafroku.
— Wchodź. Nastawię czajnik. Mów.
Elżbieta opowiedziała wszystko od początku do końca. Krystyna słuchała, kręcąc głową.
— Drań — podsumowała wreszcie. — Wszyscy oni tacy sami, kiedy myślą, że nikt ich nie przyłapie.
— Krysiu, ja nie wiem, co mam zrobić.
— A nad czym tu myśleć? Rozwód i koniec.
— Po trzydziestu latach?
— Właśnie dlatego on uważa, że wszystko przełkniesz.
Elżbieta nie spała całą noc. Leżała na kanapie Krystyny i wracała pamięcią do dawnych lat. Do tego, jak poznali się na studiach. Jak Andrzej na pierwszą randkę przyniósł jej kwiaty. Jak rodziła dzieci. Jak z czasem coraz częściej zostawał po godzinach.
Kiedy to się popsuło? Teraz widziała wyraźnie, że od dwóch lat był chłodniejszy, bardziej nieobecny. Myślała, że to zmęczenie, wiek, kryzys.
A on po prostu znalazł kogoś młodszego.
Rano zadzwoniła do Marty.
— Mamo, co się dzieje? Tata dzwonił, szuka cię.
— Powiedz tacie, że jestem u cioci Krysi. I że muszę pomyśleć.
— O czym pomyśleć?
— Wyjaśnię ci później, córeczko.
Andrzej wydzwaniał przez cały dzień. Elżbieta nie odbierała. Wieczorem przyszedł do Krystyny.
— Elżbieta jest u ciebie? — zapytał w progu.
— Jestem — Elżbieta wyszła do przedpokoju. — Czego chcesz?
— Porozmawiać. Jak ludzie.
— Mów.
— Zerwałem z Moniką. To koniec. Już się z nią nie spotkam.
— Jasne. Do następnej Moniki.
— Nie będzie następnej. Przysięgam.
Patrzyła na niego uważnie. Zmęczona twarz, pognieciona koszula, podkrążone oczy. Może w tej chwili mówił szczerze. Może sam był przerażony tym, co zrobił.
— Andrzej, dużo myślałam — powiedziała spokojnie. — Mam pięćdziesiąt pięć lat. Może najwyższy czas, żebym zaczęła żyć też dla siebie?
— Jak to dla siebie?
— Normalnie. Poszukam pracy. Zobaczę coś poza sklepem, kuchnią i przychodnią mamy. Zastanowię się, czego ja chcę. Nie tylko czego ty potrzebujesz.
— Ela, przecież jesteśmy rodziną.
— Rodziną? — uśmiechnęła się bez radości. — Rodzina jest wtedy, gdy jest dwoje ludzi. A nie wtedy, gdy jedno żyje wygodnie, a drugie po nim sprząta.
— Zmienię się.
— Wiesz co? Zamieszkamy osobno. Każde z nas pomyśli o swoim życiu.
— To rozwód?
— To przerwa. Jeśli zrozumiesz, że jestem ci potrzebna nie tylko jako kucharka i praczka, przyjdź. Jeśli nie… — wzruszyła ramionami. — To znaczy, że tak miało być.
Andrzej długo milczał. Potem kiwnął głową.
— Dobrze. Ale będę o ciebie walczył.
— Zobaczymy.
Wyszedł. Krystyna objęła Elżbietę ramieniem.
— Dobrze zrobiłaś.
— Boję się, Krysiu.
— Pewnie, że się boisz. Ale przynajmniej wreszcie jesteś wobec siebie uczciwa.
Elżbieta podeszła do okna. Na ulicy mżył deszcz. Nowe życie zaczynało się w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Brzmiało niedorzecznie. A jednak może właśnie tak musiało być.
Jutro pójdzie poszukać pracy. Potem pojedzie do mamy i porozmawia z nią tak naprawdę, od serca. Dawno już tego nie zrobiła.
A później się okaże. Może Andrzej rzeczywiście się opamięta. A może ona odkryje, że potrafi oddychać bez niego.
Najważniejsze, żeby nauczyć się żyć także dla siebie. Nie wyłącznie dla innych.
Deszcz cicho stukał o szybę. Elżbieta uśmiechnęła się po raz pierwszy od doby.
