Znajomi błagali, żebym się opamiętał, ale po pięćdziesiątce ożeniłem się z 25-letnią pięknością — już w noc poślubną zrozumiałem, jak gorzko za to zapłacę

W każdy piątek dawałem jej kwiaty. Białe róże, które podobno uwielbiała. Wiem to na pewno, bo później w aplikacji bankowej znalazłem siedemnaście płatności dla kwiaciarni „Floralia” w ciągu pół roku.

A do alkoholu wróciła. Nie od razu. Najpierw „jedna lampka wina w restauracji, przecież to kulturalnie, Andrzej, ja nie chleję, to dla smaku”. Potem lampka zamieniła się w butelkę w domu. Butelka w dwie. Wracałem z pracy o jedenastej wieczorem: ona na kanapie, w szlafroku, pusta butelka Chardonnay na stoliku, telefon w ręce, oczy szklane. Co mówiłem? Oczywiście:

— Klaudia, przecież obiecałaś.

A ona odpowiadała:

— Ja nie piję. To jest wino. Wino to nie alkohol, Andrzej. To kultura. We Włoszech piją je jak wodę. Ty też byś pił, gdybyś się choć trochę znał.

Po jakimś czasie zaczęliśmy spać w oddzielnych pokojach. Kłaść się obok niej i budzić od jej oddechu przesiąkniętego alkoholem po prostu już nie umiałem.

A potem wydarzył się ten nocny kurs.

Zadzwonili do mnie o drugiej nad ranem: kierowcy, Staszkowi Krukowi, padł zestaw na trasie S11 pod Kórnikiem, jakieś dwadzieścia kilometrów od Poznania. Pełna chłodnia mrożonego mięsa, kontrakt wisiał na włosku. Ubrałem się i pojechałem.

Pędzę przez nocne miasto, skręcam na objazd przez Rataje — i na światłach widzę białą Hondę. Numery Klaudii znałem na pamięć. Druga w nocy. Auto stoi przy bloku, którego nie kojarzę, na podwórku, gdzie nigdy nie byłem.

Przejechałem obok. Uznałem, że najpierw muszę ogarnąć ciężarówkę. Całą noc mordowałem się ze Staszkiem: wymienialiśmy pasek alternatora na poboczu, w chłodzie, błocie i ciemności. Nad ranem dociągnęliśmy ładunek do magazynu.

Wróciłem do domu o siódmej. Klaudia spała. Honda stała na swoim zwykłym miejscu pod blokiem, jakby nic się nie wydarzyło.

— Wczoraj nigdzie nie jechałaś? — zapytałem przy śniadaniu. Spokojnie, jakbym pytał o pogodę.

— Nigdzie — odpowiedziała, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. — Cały wieczór byłam w domu. Oglądałam serial i wcześnie się położyłam.

Ani mięsień jej nie drgnął. Ani rzęsa. Tak kłamią ludzie, którzy robią to stale — lekko, odruchowo, niemal automatycznie.

Nie kłóciłem się. Zacząłem sprawdzać.

Zajrzałem do aplikacji bankowej — nie do swojej, tylko do wspólnej karty, którą wyrobiłem jej „na dom”. Przez ostatnie pół roku: czternaście płatności w restauracjach, do których nigdy razem nie chodziliśmy. Dziewięć płatności w barach. Trzy zakupy w Douglasie — perfumy po siedemset, osiemset złotych. Razem mniej więcej czterdzieści tysięcy złotych. Z karty „na gospodarstwo”.

A potem pewnej nocy, gdy Klaudia znowu przesadziła i zasnęła na kanapie, zawibrował jej telefon. Ekran nie był zablokowany. Wiadomość: „Klaudia, dasz radę jutro? O pierwszej, jak zwykle. Czekam”. Nadawca — „Norbert”.

Nie otworzyłem rozmowy. Spojrzałem tylko na listę czatów.

Norbert. Sławek. Damian mrr. Artur. Kamil knajpa. Marcin były.

Marcin. Ten sam Marcin z salonu. Ten, który rzekomo był „były”. Ten, z którym „rozstała się dzień” przed poznaniem mnie. Ostatnia wiadomość do niego — z wczoraj.

Zamknąłem telefon i położyłem go dokładnie tak, jak leżał, ekranem do dołu.

Potem usiadłem w kuchni i nalałem sobie herbaty. Ręce mi nie drżały. Nic mi nie drżało. W środku była pustka — ciężka, betonowa, jak ogromna pusta hala.

Rano zadzwoniłem do Ryśka.

— No — powiedział. I nic więcej. Po prostu „no”. Jak człowiek, który sześć lat czekał na ten telefon i wcale nie chciał się doczekać.

— Miałeś rację — powiedziałem.

— Andrzej, od tej racji wcale mi lżej nie jest. Przechodzimy do konkretów. Numer adwokata ci dałem. Zachowałeś prezent ślubny?

— Zachowałem.

— Dzwoń dzisiaj. Teraz. Nie jutro, nie za tydzień. Im dłużej będziesz ciągnął, tym drożej zapłacisz.

Ale nie zadzwoniłem.

Bo Klaudia, kiedy zauważyła, że się zmieniłem, że patrzę inaczej i inaczej milczę, nagle znów zamieniła się w czułą kobietę. Uważna. Zrobiła kolację. Założyła tamtą sukienkę. Podeszła i objęła mnie.

— Andrzejku, czemu jesteś taki ponury? Wiesz, pomyślałam sobie, że nasze małżeństwo chyba weszło w kryzys. Patrzę na ciebie i serce mnie boli. Przecież tobie nie wolno się denerwować, wiek, ciśnienie. Tylko się nie złość, wysłuchaj spokojnie. Może pójdziemy do psychologa? U Darii w pracy jest świetna terapeutka rodzinna. Wszyscy mówią, że ratuje małżeństwa.

— No to pójdźmy — powiedziałem. Po co? Sam nie wiem. Chyba to była moja ostatnia próba, żeby jeszcze w coś uwierzyć.

Psycholog — pani Ewa Malinowska. Gabinet przy Głogowskiej, dyplom w ramce na ścianie, kaktus na parapecie. Dwanaście spotkań po dwieście pięćdziesiąt złotych — trzy tysiące. Potem zrobiło się znacznie więcej.

Na trzecim spotkaniu opowiedziałem wszystko ze swojej strony. Najważniejsze — przyznałem, że wiem o jej wiadomościach z innymi mężczyznami. Myślałem, że psycholog powie: to poważne, tak nie wolno, trzeba podjąć decyzję. Klaudia siedziała obok i pięknie płakała — to potrafiła bezbłędnie.

Pani Ewa wysłuchała, zdjęła okulary, przetarła szkła i powiedziała: