Sąsiadka spytała, czy w południe odwiedziła mnie siostra, tylko że ja nigdy żadnej siostry nie miałam

W łazience, kiedy myłam ręce, zauważyłam, że mój ręcznik wisi krzywo, jakby ktoś odwieszał go w pośpiechu. Na szklanej półce przy szczoteczkach do zębów leżał długi jasny włos.

Ja jestem ciemna, farbuję się na kasztan.

Jasne włosy miała moja mama, ale mama w południe do nas nie przyjeżdżała i nie grzebała w naszej łazience.

Podniosłam włos pod lampę. Długi, cienki, prawie złoty.

— Utknęłaś tam? — spytał Paweł zza drzwi.

— Nie, nic — odpowiedziałam i spłukałam włos w umywalce.

Przy kolacji prawie nic nie jadłam. Paweł opowiadał o nowym dostawcy, który zawalił terminy, o szefie idiocie, o kierowcy, który znów pomylił dokumenty. Kiwałam głową tam, gdzie trzeba, i myślałam tylko o jednym: jeśli w południe była w naszym mieszkaniu kobieta, to znaczy, że siedziała tutaj. W tej kuchni.

Mogła opierać łokieć o ten stół, patrzeć przez to okno, może nawet śmiać się z jego historii z pracy, które ja słyszałam już tysiąc razy.

I najobrzydliwsze nie było nawet to. Najgorsze było to, jak szybko wyobraźnia zaczęła dopowiadać obraz. Jej filiżanka. Jej włosy. Jej szminka. Jej zapach. Jej ręce na moim blacie. Jej twarz w moim lustrze.

W nocy prawie nie zmrużyłam oka.

Paweł leżał obok i oddychał równo, ciężko, znajomo. Trzynaście lat temu ten dźwięk uspokajał mnie lepiej niż jakiekolwiek lekarstwo.

Leżałam twarzą do ściany i przypominałam sobie ostatnie miesiące. A raczej mój mózg sam podrzucał szczegóły i szukał połączeń. Jego późne powroty z pracy. Nowe perfumy — drogie, zupełnie nie w jego stylu. Koszulę, której wcześniej u niego nie widziałam. Jego irytację, gdy któregoś dnia wzięłam jego telefon tylko po to, żeby sprawdzić godzinę, a on ostro rzucił: „Ewa, no nie grzeb”.

Wtedy zabolało mnie właśnie to słowo. Nie „nie ruszaj”, nie „tam są sprawy z pracy”, tylko „nie grzeb”. Jakbym już była kimś upokarzającym. Kontrolującą. Podejrzliwą. Tą nerwową żoną, przed którą mężczyźni wiecznie coś ukrywają.

Nigdy nie sprawdzałam jego telefonu. Nigdy nie przeszukiwałam kieszeni. Nie szukałam paragonów. Zawsze uważałam, że jeśli ludzie dochodzą do takiego etapu, to wszystko już się skończyło, tylko z jakiegoś powodu jeszcze przedłużają agonię.

Rano wyszedł wcześniej niż ja. Pocałował mnie w skroń, poprosił, żebym nie zapomniała opłacić internetu, i powiedział, że wieczorem się spóźni — w magazynie inwentaryzacja.

W pracy do południa siedziałam jak pod wodą. W jednym mailu pomyliłam datę, do kawy wsypałam sól zamiast cukru. Potem przyłapałam się na tym, że od dziesięciu minut patrzę w jedną komórkę arkusza i myślę o koralowym śladzie na serwetce.

O pierwszej nie wytrzymałam i zadzwoniłam na telefon stacjonarny. Prawie go nie używaliśmy, ale nie odłączaliśmy — teściowa lubiła dzwonić właśnie tam.

Nikt nie odebrał.

Dziesięć minut później wybrałam numer znowu.

Zajęte.

Oczywiście to mogło nic nie znaczyć. Absolutnie nic. Ale we mnie stało się już coś, czego później nie da się odkręcić: podejrzenie dostało potwierdzenie, choćby maleńkie.

Dotrwałam do czwartej i wyszłam, kłamiąc, że boli mnie głowa. Usiadłam w kawiarni naprzeciw naszego bloku — tak, żeby widzieć klatkę. Najpierw było mi wstyd. Potem obrzydliwie. A później wszystko mi zobojętniało.

Siedziałam przy oknie, udawałam, że patrzę w telefon, i czułam się jak kompletna idiotka. Prawie czterdziestolatka. Dorosła kobieta, księgowa, spłacam kredyt, planuję urlop według promocji, kupuję mamie leki w aptece. I oto śledzę własną klatkę jak bohaterka taniej melodramy.

O 16:38 pod blok podeszła kobieta w jasnym płaszczu.

Poznałam ją od razu.

Średniego wzrostu. Jasne włosy związane w niski kucyk. Jasny płaszcz, porządna torebka, proste plecy. I jakaś ogólna, nieprzyjemna podobność. Nie dokładna, nie. Ale typ. Z daleka naprawdę można było uznać nas za krewne.

Zatrzymała się przy wejściu, spojrzała w telefon, schowała go do torebki i weszła do środka. Ktoś otworzył jej domofon przez aplikację.

Jeszcze przez jakieś pół minuty siedziałam nieruchomo. Potem gwałtownie wstałam, strącając łyżeczkę na podłogę, rzuciłam pieniądze na stolik i poszłam do domu.

W windzie zrobiło mi się gorąco. Na szóstym piętrze prawie biegłam do drzwi.

Z naszego mieszkania dochodził kobiecy śmiech. Zwykły śmiech kobiety, która czuje się bezpiecznie.

Wsunęłam klucz do zamka i przez sekundę nie mogłam go przekręcić. Palce jakby mi zdrętwiały. Stałam przed własnymi drzwiami i bałam się wejść do własnego mieszkania.

W końcu jednak otworzyłam.

W przedpokoju stały beżowe czółenka. Spokojne, klasyczne, drogie. Nie nowe — nie takie, które zakłada się na tajną randkę, lecz takie, w których przychodzi się pewnie i bez poczucia winy.

Na szafce obok moich kluczy leżały okulary przeciwsłoneczne w cienkiej złotej oprawce.

Kiedy weszłam do kuchni, oboje zamilkli.

Paweł stał przy oknie. Ona siedziała przy stole, a przed nią rzeczywiście stała moja biała filiżanka z ukruszonym uchem.

Najpierw patrzyłam nie na nich, tylko na tę filiżankę. Chyba mózg po prostu nie potrafi przyjąć wszystkiego naraz i zaczepia się o przedmiot.