Przyjaciel mojego męża wrzasnął przy wszystkich: „Gruba idiotka!”, a potem dopiero zrozumiał, że przez lata żył z moich pieniędzy

— Gosiu — powiedział — tort oczywiście pierwsza klasa. Tylko może lepiej byłoby nie przerabiać na siebie aż tyle kremu, co? — roześmiał się. Potem odwrócił się do gości. — Nasza Gosia, jak widać, bardzo lubi słodkie. Widać, prawda?

I poklepał mnie po ramieniu.

Stałam obok czterokilogramowego tortu, który robiłam przez sześć godzin, a patrzyło na mnie dwadzieścia osób. Ktoś odwrócił wzrok. Ktoś wykrzywił usta w niezręcznym uśmiechu. Ewa studiowała zawartość swojego kieliszka.

W środku coś mi kliknęło. Nie wybuchło. Właśnie kliknęło. Jakby zamknął się zamek.

— Tomasz — powiedziałam bardzo równo — ten tort kosztuje sześćset złotych. Włożyłam w niego sześć godzin pracy. Przed chwilą obraziłeś człowieka, który przyniósł ci ręcznie zrobiony prezent. Dlatego zabieram tort z powrotem.

I zamknęłam pudełko.

Cisza zrobiła się tak gęsta, że było słychać, jak gdzieś przy barze kapie woda.

— Ty mówisz poważnie? — mrugnął Tomasz.

— Bardzo poważnie.

Podniosłam pudełko. Cztery kilogramy. A ręce nawet mi nie zadrżały. Odwróciłam się i poszłam do wyjścia.

Krzysztof dogonił mnie dopiero na parkingu.

— Małgosia, zaczekaj.

— Zaczekam w samochodzie.

— No przecież on nie chciał. On po prostu…

— Krzysztof — postawiłam pudełko na masce auta. — On „po prostu” od siedmiu lat. Na każdym spotkaniu. Przy wszystkich. Ja już nie będę udawała, że to jest normalne. Jedziemy.

Odjechaliśmy. Następnego ranka zawiozłam tort do cukierni. Sprzedał się w mniej niż godzinę.

Przez całą drogę Krzysztof milczał. Dopiero w domu powiedział:

— On się obraził.

— Ja też — odpowiedziałam.

Tamtego wieczoru siedziałam sama w kuchni. Za oknem było cicho. Piłam herbatę i myślałam, że sześćset złotych to wcale nie majątek. I sześć godzin to nie aż tak dużo czasu. Ale dwadzieścia osób, które zobaczyły, jak zabieram swój prezent z powrotem — to było coś nowego. Nie wiedziałam, czy postąpiłam właściwie. Ale miałam proste plecy. A to już coś znaczyło.

Dwa tygodnie później Tomasz zadzwonił tak, jakby nic się nie wydarzyło. Zaprosił nas na imprezę przy basenie. I zażartował: „Tylko tym razem bez tortów”.

Nie chciałam jechać. Wcale. Powiedziałam Krzysztofowi, że nie jadę. Kiwnął głową. A potem, po kilku dniach, jednak odezwał się znowu:

— Gosiu, będą Marek z Anią. I Piotrek też. Sto lat się nie widzieliśmy. Nie proszę cię, żebyś godziła się z Tomkiem. Po prostu pojedźmy razem. Dla mnie.

Dla niego. Osiem lat — dla niego. Każde święto, każdy wspólny weekend, każda niedorzeczna impreza. Kiedyś policzyłam: przez siedem lat widzieliśmy się z Tomaszem około sześćdziesięciu razy. Osiem, dziesięć spotkań rocznie. I nie było ani jednego bez komentarza o mojej wadze, jedzeniu, figurze albo ubraniu.

Sześćdziesiąt spotkań. Sześćdziesiąt upokorzeń. Za każdym razem albo się uśmiechałam, albo milczałam, albo po prostu wychodziłam do innego pokoju. A Krzysztof potem zawsze mówił: „On przecież nie robi tego ze złości”.

Pojechałam.

Tomasz miał dom pod miastem. Dużą działkę, basen, miejsce na grilla. Wszystko ładne, wszystko drogie, wszystko wystawione na pokaz. Uwielbiał demonstrować: patrzcie, do czego doszedłem. Białe leżaki, podświetlana woda, muzyka z głośników. Gości było osiemnaścioro. Połowę znałam, reszty nie.

Założyłam zabudowany kostium i tunikę na wierzch. Rozmiar pięćdziesiąt dwa — tak, jestem duża. I wiem o tym. Wiem każdego dnia, kiedy się budzę, ubieram, jadę do pracy, zarządzam pięcioma cukierniami i wypłacam pensje trzydziestu dwóm osobom. Moja waga to moja waga. Nie jego sprawa.

Pierwsza godzina minęła spokojnie. Tomasz krzątał się przy grillu i rozmawiał z nowymi gośćmi. Ja siedziałam na leżaku, piłam lemoniadę i rozmawiałam z Anią. Lubiłam Anię. Ona też była większą kobietą i też słyszała od Tomasza swoje „żarciki”, tylko rzadziej, bo widywali się zaledwie parę razy w roku.

Potem podszedł Tomasz. Z kieliszkiem. Ze swoim firmowym uśmiechem. Opalony, wysportowany. Stanął obok.

— Gosiu, a ty czemu nie wchodzisz do basenu? Woda świetna.

— Nie mam ochoty — odpowiedziałam.

— Daj spokój! Wszyscy pływają. Czy boisz się, że basen wystąpi z brzegów?

Ktoś parsknął. Dwie albo trzy osoby. Reszta udawała, że niczego nie usłyszała.

Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się do Ani i wróciłam do rozmowy. Myślałam, że zaraz da sobie spokój. Jak zwykle. Powie coś podłego, ja przemilczę, wieczór się skończy, pojedziemy do domu.

Ale Tomasz nie odszedł. Stał tuż za moimi plecami. Czułam jego cień.

I nagle krzyknął tak, żeby usłyszeli wszyscy:

— Gruba idiotka! No dalej, do wody!

I pchnął mnie. Mocno. Dwiema rękami w plecy. Właśnie wstałam z leżaka, żeby od niego odejść, i stałam przy samym brzegu.

Woda. Uderzenie o ciało. Chlor w nosie. Tunika natychmiast nasiąkła i zaczęła ciągnąć mnie w dół. Wynurzyłam się, złapałam krawędzi. W uszach mi huczało. Widziałam go na górze — stał, śmiał się i rozkładał ręce: „No co ty, przecież żartowałem!”.

Patrzyło na mnie osiemnaście osób. Ktoś się śmiał. Ktoś milczał. Krzysztof biegł do mnie od grilla. Ewa stała blada jak ściana.