— Marino, lepiej nie bierz tej miski. Sałatka z majonezem, wiesz, że nie możesz, — rzucił Artur, nie odrywając wzroku od mięsa na grillu, po czym zaśmiał się głośno.
Na letnim tarasie domu zgromadziło się dwanaście osób. Szaszłyk, który od rana marynowałam i piekłam sama. Marynata według przepisu dopracowanego przez prawie trzy lata. I sałatka też moja.
Siedem lat mijało, a wszystko było takie samo. Od pierwszego spotkania, gdy Konrad przyprowadził go poznać, a Artur spojrzał na mnie z góry, prychnął i powiedział: „No, Konrad, masz wyrafinowany gust, skoro lubisz kobiety z kształtami”. Uśmiechnęłam się wtedy, uznałam to za żart. Surowy, ale jednak żart.
Jak bardzo się myliłam.
Z Konradem pobraliśmy się osiem lat temu. Miałam czterdzieści lat, on trzydzieści osiem. Dla nas obojga to był drugi związek. Konrad pracował jako inżynier w biurze projektowym, a ja wtedy prowadziłam już drugą cukiernię „Słodka Pasja”. Sieć moich cukierni, podniesiona od podstaw, bez kredytów i pomocy kogokolwiek. Przez trzy lata reinwestowałam każdy zarobiony grosz. Kiedy wzięliśmy ślub, miałam dwie placówki. Dziś jest ich pięć.
Artur był przyjacielem Konrada jeszcze ze szkolnych lat. Dorastali razem, służyli w wojsku, jeździli na ryby co jesień. Dla Konrada Artur był niemal jak brat. I ja to rozumiałam. Pewnie dlatego tak długo znosiłam jego zaczepki.
Konrad wiedział. Sama poprosiłam, żeby nic nie mówił Arturowi. Nie chciałam mieszać przyjaźni z obowiązkami zawodowymi. Konrad milczał.
A Artur wciąż żartował.
Tamtego wieczoru postawiłam na stole ostatnią miskę z pieczonymi warzywami i usiadłam przy Konradzie. Artur rozlewał wino. Jego żona Lena siedziała naprzeciw, patrząc w talerz. Zawsze tak robiła, gdy zaczynała się kolejna odsłona żartów męża.
— Marino, do lata mogłabyś trochę schudnąć — powiedział Artur, podając komuś kieliszek. — Kostium kąpielowy będziesz zakładać? Czy znowu schowasz się pod pareo?
Zapanowała cisza. Ktoś niezręcznie zakaszlał. Konrad położył dłoń na moim kolanie. Tego gestu nie musiałam tłumaczyć. „Przetrwaj. Nie ze złości”.
Wzięłam kieliszek. Spojrzałam na Artura.
— Arturze, wiesz, że twoja agencja wciąż nie spłaciła kredytu za biuro? — spytałam spokojnie, bez nacisku. Wiedziałam to dzięki Vikcie, która kiedyś wspomniała mimochodem o opóźnieniach w projektach i problemach z wynajmem.
Jego uśmiech na moment zadrżał, tylko na chwilę. Potem znowu się zaśmiał.
— Skąd wiesz o moim biurze? — zakręcił kieliszkiem. — Konrad się wygadał? No proszę, brat.
Konrad milczał.
Dopiliśmy wino. Artur szybko przeszedł na inne tematy — piłka nożna, urlop, samochód. Wszystko jak zwykle. Myślałam: „Dobrze, nie pierwszy raz. Przetrwam”.
Późnym wieczorem, po wyjeździe gości, stałam przy zlewie, myjąc naczynia. Konrad podszedł, objął mnie od tyłu.
— Wybacz mu. Taki jest.
— Wiem, jaki jest — odpowiedziałam. — Ale „taki” nie jest usprawiedliwieniem.
Konrad pocałował mnie w kark i poszedł spać. A ja stałam przy zlewie, czułam tylko zmęczenie. Siedem lat tych samych uwag. Tych samych usprawiedliwień od Konrada. Tego samego ciężkiego milczenia przy stole.
Miesiąc później Artur zadzwonił. Zaprosił nas na swoje urodziny, czterdzieści dwa lata.
Upiekłam tort. Głupi może, ale ja jestem cukiernikiem. Trzy poziomy, czekoladowa polewa, karmelowa dekoracja. Sześć godzin pracy. Beza, warstwy, ozdoby. Prawie cztery kilogramy.
Konrad ostrożnie włożył pudełko do samochodu, jakby było dzieckiem.
— Piękność — powiedział. — Artur oszaleje.
Artur oszalał, tylko nie tak, jak myśleliśmy.
Dwudziestu gości. Restauracja wynajęta na cały wieczór. Długi stół, białe obrusy, muzyka na żywo. Lena w nowej sukni, cicha jak zawsze. Artur w centrum uwagi, opalony, białe zęby, koszula za tysiące. Przytulał przybyłych, klepał mężczyzn po ramionach, kobietom całował dłonie. Uroczy człowiek. Jeśli nie zna się go dobrze.
Postawiłam pudełko na stoliku. Podniosłam pokrywę. Tort lśnił. Karmel pięknie odbijał światło. Goście fotografowali.
— Kto to zrobił? — zapytała kobieta w bordowej sukni.
— Ja — odpowiedziałam.
— Jesteś cukiernikiem?
— Tak.
Podszedł Artur. Spojrzał na tort, potem na mnie.
— Marino — powiedział, — tort świetny. Tylko nie nakładaj sobie tyle kremu, ha? — i zaśmiał się. Obrócił się do gości. — Jak widać, Marina lubi słodkości. Zauważalne, co?
Pogodnie stałam przy czterokilogramowym torcie, który robiłam sześć godzin, patrząc na dwadzieścia osób. Ktoś odwracał wzrok, ktoś wymuszał uśmiech. Lena przyglądała się kieliszkowi.
W środku coś zatrzasnęło się. Nie zapłonęło, tylko kliknęło. Jak zamek.
— Arturze — powiedziałam spokojnie, — ten tort kosztował dwanaście tysięcy. Sześć godzin pracy. Właśnie wygarnąłeś komuś, kto przyniósł ręcznie wykonany prezent. Zabieram go.
Zamknęłam pudełko.
Zapanowała cisza. Tak gęsta, że słychać było kapanie wody w kuchni.
— Naprawdę? — mrugnął Artur.
— Tak, absolutnie.
Podniosłam pudełko. Ręce nie drżały. Poszłam do wyjścia.
Konrad dogonił mnie przy parkingu.
— Marino, poczekaj.
— Poczekam w samochodzie.
