— On nie robił tego specjalnie. Po prostu…
— Konradzie — położyłam pudełko na masce. — „Po prostu” trwa już siedem lat. Na każdej imprezie. Przy wszystkich. Nie będę udawać, że to normalne. Jedziemy.
W samochodzie siedziałam na ręczniku, woda spływała po siedzeniu. Mokra, zła i spokojna jednocześnie. Zimna złość, jak poranne mroźne światło.
Artur nie przelał pieniędzy. Ani następnego dnia, ani po tygodniu. Napisał tylko do Konrada: „Powiedz swojej, żeby nie robiła scen. Żart to żart. Niech dziękuje, że ją jeszcze toleruję”.
Konrad pokazał mi wiadomość. W środku coś się przesunęło. Nie złamało mnie, tylko przesunęło. Jak dźwignia, która przez lata tkwiła w miejscu.
Tydzień później mieliśmy kolację w domu. Częściowo biznesowa. Zaprosiłam dwóch potencjalnych partnerów franczyzowych. Konrad — swoich współpracowników. Artur sam się zaprosił. Zadzwonił do Konrada: „Słyszałem, że jest zbiórka, przyjdę z Leną”. Zgodziłam się.
Dwanaście osób przy stole. Moje mieszkanie. Gotowałam dwa dni. Nie dla Artura. Wśród gości byli ludzie, którzy decydowali o współpracy. To było ważne.
Artur przyszedł w swojej koszuli, przyniósł wino za dwie tysiące i Lenę. Przywitał Konrada, skinął na mnie i usiadł. Pierwszą godzinę był w porządku: żartował, chwalił jedzenie. Myślałam, że lekcja z basenu coś zmieniła.
Nie.
Przy deserze — tartaletki z kremem owocowym, ręczna robota — Artur rozłożył się na krześle. Kieliszek w ręku, spojrzenie oleiste.
— A Marina nie tylko świetnie gotuje, ale i je, — powiedział do gości. — Konrad, powiedz, ile może pochłonąć naraz?
Podniosłam brew. Partnerka opuściła widelec.
Usiadłam naprzeciwko tartaletki. Krem owocowy, cztery godziny pracy, dwa dni przygotowań. Mój dom. Mój stół. Moje jedzenie.
I ten człowiek — znów.
Wewnątrz zapadła cisza. Nie gniew, tylko cisza. Ta, która pojawia się tuż przed decyzją.
Wstałam. Spokojnie. Wzięłam telefon — nowy, zamiast zniszczonego. 80 tysięcy z mojego portfela, bo Artur nie zapłacił.
— Wika — powiedziałam w słuchawkę. — To Marina. Tak, rozumiem sytuację. Przygotuj od rana wypowiedzenie wszystkich umów z „Breeze Media”. Wszystkie kontrakty. Projekty, social media, promocje sezonowe — wszystko. Powód: niska jakość komunikacji. Tak, dla wszystkich pięciu punktów. Nowego wykonawcę znajdziemy w tygodniu. Dziękuję.
Położyłam telefon. Spojrzałam na Artura.
Jeszcze nie rozumiał. Patrzył jak ktoś, kto nagle zaczyna mówić w obcym języku.
— Marino — powiedział — co robisz?
— Arturze — odpowiedziałam — „Cukiernia Plus” to moja firma. „Słodka Pasja” to sieć moich cukierni. Pięć punktów, trzydziestu dwóch pracowników. Sześć lat twoja agencja realizowała moje zamówienia. Prawie pięć milionów rocznie. Sprawdzałam.
Obserwowałam, jak zmienia się jego twarz. Najpierw zdumienie, potem szybkie liczenie, zrozumienie, strach.
— Poczekaj — postawił kieliszek, wino rozlało się na obrus. — Ty to ty? Wika jest twoja?
Partnerzy siedzieli nieruchomo. Artur patrzył tak, jak patrzy się na owada w talerzu.
— Marino, poczekaj — skakał do mnie. — Porozmawiajmy prywatnie. Ja…
— Nie — przerwałam. — Siedem lat mnie poniżałeś. Teraz odpowiadam przy wszystkich. Kontrakty rozwiązane. To moja ostateczna decyzja.
Usiadłam. Wzięłam tartaletkę. Odgryzłam kawałek. Krem idealny — wanilia, kwaskowata malina, perfekcja smaku. Byłam z siebie dumna.
Artur stał w moim salonie, obok plamy wina na obrusie, z twarzą jakiej nigdy nie widziałam. Potem odwrócił się i wyszedł. Lena poszła za nim. Drzwi trzasknęły.
Zapadła cisza. Wypiłam wodę.
Partner odchrząknął.
— Marino, — powiedział — franczyza naprawdę ciekawa.
Uśmiechnęłam się. Naprawdę. Po raz pierwszy tej nocy.
Po rozeszłych się gościach sprzątaliśmy z Konradem. Milczał. Potem powiedział:
— Wiesz, że teraz będzie dzwonił codziennie?
— Wiem.
— A co mu powiem?
— Prawdę. Przyszedł do mojego domu i był niegrzeczny wobec gospodyni.
Konrad postawił talerz w zlewie. Spojrzał na mnie.
— Powinnam była go powstrzymać dawno.
Nie odpowiedziałam. Powinna był, ale nie powstrzymał. To też część historii.
Dwa miesiące później Artur stracił moje kontrakty. Pięć milionów rocznie — poważny ubytek. Musiał zwolnić trzech pracowników, potem przeniósł się do mniejszego biura. Konrad relacjonował wszystko — nadal odwiedzał go co dwa tygodnie.
Mówią, że Artur teraz opowiada, że jestem „mściwa” i „skutecznie wykorzystałam moment”. Że „połączyłam biznes z osobistym”. Może tak, a może normalni biznesmeni nie wrzucają klientki do basenu.
Konrad czasem wciąż go odwiedza. Nie zakazuję. To jego przyjaciel. Ale przy naszym stole Artur już nie siadał. I ja mam spokój. Prawdziwy spokój po siedmiu latach.
Jedno pytanie wciąż pozostaje: czy przesadziłam, rozwiązując kontrakty przy jego partnerach, czy on sam prowadził mnie do tego przez sześćdziesiąt spotkań, przez „grubą głupią”, przez basen? Jak byście postąpili?
