Pierwszy pojawił się Jarek. Duży, czerwony na twarzy, w podkoszulku, z reklamówką butelek w ręku. Za nim weszła jego żona Magda — zmęczona kobieta z krótkimi włosami. Potem przyszedł Robert, szczupły, z głośnym śmiechem i niespokojnymi oczami, które ciągle gdzieś uciekały. Paweł nie przyjechał i pomyślałam: przynajmniej ktoś dziś zachował się rozsądnie.
— O, to pani tak wygląda! — powiedział Jarek, kiedy mnie zobaczył. — A Marek to u nas tajemniczy.
Uśmiechnęłam się uprzejmie.
— Teresa.
— Wiemy, wiemy. On nam już o pani uszy przepiłował.
Spojrzałam na Marka. Stał zadowolony. Nawet dumny. Jakby przyprowadził nie kobietę, tylko jakiś dowód zwycięstwa.
Magda usiadła obok mnie i powiedziała cicho:
— Proszę się nie przejmować. Oni jak wypiją, zaraz zaczynają grać teatr.
Pomyślałam, że jest dobra. Albo po prostu od dawna do wszystkiego przywykła.
Na stole szybko pojawiły się butelki. Marek nalał mężczyznom, Magdzie i sobie. Mnie znów zaproponował.
— Nie, dziękuję.
Jarek uniósł brwi.
— W ogóle pani nie pije?
— Dzisiaj nie.
— A dlaczego? Za poznanie trzeba.
— Za poznanie mogę wznieść toast sokiem.
Robert roześmiał się.
— Marek, ostrą masz panią.
Marek odpowiedział:
— Ona jest po prostu ostrożna.
Niby powiedział to żartem, ale zrobiło mi się przykro. Bo moja ostrożność została już położona na stole jak dodatkowa przekąska.
Potem zaczęły się rozmowy. Najpierw zwyczajne: praca, ceny, zdrowie, sąsiedzi. Później Jarek zaczął opowiadać rubaszne dowcipy. Patrzyłam na bez przy płocie i liczyłam, kiedy mam najbliższy pociąg. Telefon pokazywał, że za czterdzieści minut. Do stacji samochodem kwadrans. Pieszo pewnie ponad godzinę. Może czterdzieści minut, jeśli zna się drogę. Ja drogi nie znałam.
Powiedziałam cicho do Marka:
— Niedługo będę musiała jechać.
Nawet od razu się nie odwrócił.
— Dokąd się pani tak spieszy?
— Do domu. Muszę zadzwonić do mamy.
To nie było całkiem kłamstwo. Mama rzeczywiście czekała na mój telefon. Po prostu nie było to pilne.
— Zadzwoni pani stąd.
— Chciałabym zdążyć na pociąg.
Popatrzył na mnie tak, jakbym go zawiodła.
— Tereso, ludzie przyjechali. Niezręcznie tak od razu wychodzić.
To słowo. Moje własne, znajome, przeklęte. „Niezręcznie”.
I zostałam.
Pół godziny rozciągnęło się w godzinę. Mężczyźni wypili więcej. Marek też. Nie żeby dużo, ale twarz mu się zmieniła. Zrobiła się twardsza. Zaczął przerywać Magdzie. Potem ostro powiedział Robertowi, że „plecie bzdury”. Później zaczął opowiadać o byłej żonie. To była nieprzyjemna opowieść. Nie było w niej bólu ani żalu, tylko jakaś złośliwa satysfakcja.
— Myślała, że będę za nią latał — mówił. — A ja spakowałem jej rzeczy i wystawiłem. Niech się uczy.
Magda spuściła wzrok. Jarek prychnął. Robert powiedział:
— I słusznie. Kobiety czasem trzeba ustawić do pionu.
Poczułam, jak palce robią mi się lodowate.
Marek odwrócił się do mnie.
— Prawda, Tereso? Czasem człowiek rozumie dopiero twardo.
Nie chciałam się kłócić. Ale zgodzić też się nie mogłam.
— Myślę, że z ludźmi lepiej rozmawiać.
Uśmiechnął się pod nosem.
— Pani jest dobra. Dopóki ktoś pani naprawdę nie oszukał.
— Oszukiwano mnie.
— Widocznie za mało.
Popatrzyłam na niego i po raz pierwszy zrozumiałam wyraźnie: przede mną nie siedzi spokojny mężczyzna. Przede mną siedzi człowiek, który świetnie trzyma twarz tylko do chwili, kiedy wszystko idzie według jego planu.
Wstałam.
— Wejdę do domu po torebkę.
— Po co?
— Pora na mnie.
Przy stole zrobiło się cicho. Nawet Jarek przestał żuć.
Marek też wstał.
— Odwiozę panią później.
— Dziękuję, zamówię taksówkę.
— Taksówki tu nie jeżdżą.
— Sprawdzę.
Zrobił krok w moją stronę.
— Tereso, proszę nie robić scen.
I właśnie wtedy naprawdę się przestraszyłam. Nie tyle tego kroku. Tej frazy. Bo żadnej sceny nie było. Chciałam tylko wyjść. A on już nazwał to sceną. Czyli w jego głowie byłam już winna.
Magda nagle powiedziała:
— Marek, niech jedzie, jeśli musi.
Odwrócił się do niej gwałtownie.
— Ciebie nikt nie pytał.
Jarek parsknął śmiechem, ale jakoś niepewnie.
Weszłam do domu. Nie szybko, żeby nie zdradzić paniki. Torebka leżała na krześle w przedpokoju. Wyjęłam telefon. Ręce trzęsły mi się tak, że aplikację do taksówek otworzyłam dopiero za trzecim razem. W pobliżu nie było żadnego auta. Ani jednego. Włączyłam mapę. Do stacji pieszo pięć kilometrów. Droga przez wieś, potem wzdłuż pasa drzew.
Napisałam do Ewy: „Źle się tu czuję. Wychodzę. Jeśli za 20 minut nie zadzwonię, dzwoń do mnie”.
Odpowiedź przyszła natychmiast: „Dzwoń teraz”.
Nacisnęłam połączenie. I w tej samej chwili w drzwiach pojawił się Marek.
— Do kogo pani dzwoni?
— Do przyjaciółki.
— Po co?
— Bo chcę.
Powiedziałam to i sama się zdziwiłam. Głos zabrzmiał spokojnie. Widocznie w środku wreszcie włączyła się inna Teresa. Nie uprzejma kobieta z plackiem, tylko kobieta, która bardzo chce wrócić do domu żywa i cała. Bardzo radzę nie zgubić w sobie takiej kobiety. Odzywa się rzadko, ale wtedy, kiedy trzeba najbardziej.
Ewa odebrała.
— Terenia?
Powiedziałam głośno:
— Ewka, wychodzę teraz od Marka. Masz adres. Jeśli nie znajdę auta, pójdę do stacji pieszo.