Marek pobladł.
— Po co pani tak mówi?
Patrzyłam mu prosto w oczy.
— Żeby wiedziała.
Ewa powiedziała w słuchawce:
— Włącz lokalizację. Zostaję na linii. Nie rozłączaj się.
Włączyłam. Marek stał w drzwiach i się nie ruszał.
— Tereso, pani mnie obraża.
— Nie. Ja wychodzę.
— Przyjechała pani do mojego domu, jadła przy moim stole, a teraz robi pani ze mnie jakiegoś wariata?
— Nie nazwałam pana wariatem.
— Ale zachowuje się pani dokładnie tak.
I wtedy nagle zrozumiałam, jak wygodnie to jest urządzone: najpierw człowiekowi niezręcznie odmówić, potem niezręcznie wyjść, potem niezręcznie się bronić. Wszystko stoi na cudzym wstydzie. Na pragnieniu, żeby wypaść dobrze.
Wzięłam torebkę i obeszłam go bokiem. Nie złapał mnie. Nie zagrodził drogi. Ale poszedł za mną.
Na ganku wszyscy milczeli. Magda patrzyła na mnie tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie umiała się odważyć. Założyłam kurtkę.
— Dziękuję za obiad — powiedziałam. Głupie, prawda? Nawet w takiej chwili „dziękuję”. Ale co poradzić, wychowanie czasem włącza mi się szybciej niż rozsądek.
Marek powiedział cicho:
— Jeszcze pani pożałuje. Nie dlatego, że ja coś zrobię. Tylko dlatego, że straciła pani normalnego mężczyznę.
Schodziłam już po schodkach.
— W takim razie miałam szczęście, że straciłam go szybko.
Chyba to było najodważniejsze zdanie, jakie powiedziałam w ostatnim roku. A może nawet w ostatnich pięciu latach.
Ruszyłam do furtki. Za plecami usłyszałam Jarka:
— Daj spokój, Marek. Baby teraz wszystkie przewrażliwione.
I nagle Magda ostro odpowiedziała:
— Zamknij się, Jarek.
Na sekundę aż przystanęłam. Nie spodziewałam się tego po niej. Potem poszłam dalej.
Za furtką była zakurzona droga z dziurami. Słońce już schodziło niżej, ale nadal było jasno. Ewa cały czas była ze mną na linii.
— Idź według mapy. Nigdzie nie skręcaj. Mów do mnie.
Szłam i gadałam jakieś bzdury. Że placek tam został. Że trampki wydawały się wygodne, a teraz okazuje się, że nie bardzo. Że jestem dorosłą kobietą, a uciekam z działki jak licealistka z nieudanej domówki.
Ewa powiedziała:
— Ty nie uciekasz. Ty wychodzisz.
Od tych słów nagle zapiekły mnie oczy.
Po około dziesięciu minutach usłyszałam za sobą samochód. Zeszłam na pobocze. Serce natychmiast podskoczyło mi do gardła. Auto powoli zrównało się ze mną. To był Marek.
Opuścił szybę.
— Proszę wsiąść. Odwiozę panią.
— Nie.
— Niech pani nie robi głupstw. Do stacji jest daleko.
— Dojdę.
— Tereso, zachowuje się pani nieładnie.
Prawie się roześmiałam. Naprawdę. Nie z wesołości, oczywiście. Po prostu ta fraza była tak absurdalna na tej pustej drodze. Idę sama, z telefonem w ręce, on jedzie obok i namawia mnie, żebym wsiadła do jego auta, a nieładnie zachowuję się podobno ja.
— Marku, proszę odjechać.
— Martwię się.
— Nie trzeba.
— Sama się pani nakręciła. To przyjaciółka pani namieszała w głowie.
Milczałam.
— Potem pani zrozumie, że wszystko pani zepsuła.
— Możliwe.
— I nawet pani nie przeprosi?
Zatrzymałam się. Spojrzałam na niego i bardzo spokojnie powiedziałam:
— Nie.
Jedno krótkie słowo. Takie małe. A poczułam się tak, jakbym odsunęła ciężką szafę sprzed zamkniętych drzwi.
Patrzył na mnie przez kilka sekund. Potem gwałtownie dodał gazu i odjechał. Za samochodem podniosła się chmura kurzu, aż zakaszlałam.
Ewa zapytała w słuchawce:
— Pojechał?
— Tak.
— Idź dalej.
Do stacji dotarłam po czterdziestu pięciu minutach. Spocona, zła, z drżącymi kolanami. Pociąg miał przyjechać za dwanaście minut. Kupiłam w kiosku butelkę wody, usiadłam na ławce i dopiero wtedy zauważyłam, że przez cały czas tak mocno ściskałam pasek torebki, że na dłoni zostały czerwone ślady.
W pociągu zaczęło ze mnie schodzić napięcie. Nie od razu. Najpierw patrzyłam w okno i myślałam: a może naprawdę przesadziłam? No przyjechali znajomi. No wypili. No powiedział kilka przykrych zdań. Przecież mnie nie dotknął. Może wystarczyło spokojnie posiedzieć do wieczora, a potem odwiózłby mnie do domu.
Tak właśnie mózg próbuje wcisnąć nas z powrotem w znany, wygodny obrazek. Bo strasznie trudno przyznać, że sama znalazłaś się w miejscu, gdzie jest ci źle. Sama zignorowałaś pierwsze sygnały. Sama siedziałaś i się uśmiechałaś, chociaż chciałaś wstać i wyjść.
W domu zadzwoniłam do mamy. Powiedziałam tylko, że jestem zmęczona. Nie opowiedziałam wszystkiego. Mama od razu zaczęłaby się denerwować, ciśnienie, tabletki, „a nie mówiłam, że faceci są dziwni”. Chociaż tego nie mówiła, ale na pewno powiedziałaby, że mówiła.
Ewie później opowiedziałam wszystko. Słuchała w milczeniu, tylko od czasu do czasu dopytywała:
— Aha. I on co?
Kiedy skończyłam, powiedziała:
— Terenia, dobrze zrobiłaś.
— Jakie dobrze. Pojechałam nie wiadomo gdzie.
— Dobrze nie dlatego, że pojechałaś. Tylko dlatego, że wyszłaś.
Następnego dnia Marek napisał. Długą wiadomość. Zaczynała się od słów: „Całą noc myślałem”. Dalej było o tym, że zraniłam jego zaufanie, że chciał przedstawić mnie bliskim osobom, że w moim wieku powinnam już odróżniać troskę od kontroli, że pozwoliłam przyjaciółce wtrącić się tam, gdzie nie miała żadnego prawa być. Napisał też: „Nie jestem chłopcem, żeby biegać za kobietą, która urządza testy”.