Jechaliśmy jakieś piętnaście minut. Najpierw droga prowadziła przez wieś, potem wzdłuż lasu. Opowiadał, że rano chodził po chleb, że sąsiad znowu krzywo poprawił płot, że jabłoń w tym roku kwitnie jak szalona. Słuchałam i myślałam: przecież to naprawdę dobry człowiek. Cichy. Domowy.
Pierwszy cichy dzwonek ostrzegawczy odezwał się, kiedy nagle powiedział:
— Opowiadałem o pani mamie. Na pewno by panią zaakceptowała.
Nie od razu znalazłam odpowiedź. Widzieliśmy się trzy razy. Jaka mama? Jakie zaakceptowałaby? Uśmiechnęłam się tylko.
— Mam nadzieję, że nie opowiadał pan zbyt szczegółowo.
Spojrzał na mnie trochę dłużej, niż wypadało.
— Ja dobrze wyczuwam ludzi. Pani jest porządną kobietą.
Zrobiło mi się nieswojo. Nie lubię, kiedy ktoś nazywa mnie porządną. Od razu mam ochotę zrobić coś zupełnie nieporządnego. Uznałam jednak, że może się czepiam. Każdy człowiek ma jakieś swoje ulubione powiedzonka.
Działka wyglądała tak samo jak na zdjęciach. Stary domek, ganek, bez, beczka z wodą, grządki. Wszystko trochę krzywe, ale żywe. Na stole stały już talerze, chleb, ogórki, pomidory i zielenina. Włączył czajnik i oprowadził mnie po terenie.
— Tu są truskawki. Tam ziemniaki. To stara komórka, kiedyś była w niej wędzarnia, ale od dawna jej nie używam. A tutaj mam warsztat.
Warsztat mieścił się w małej szopie. Marek otworzył drzwi szeroko. W środku pachniało drewnem, benzyną i metalem. Na ścianach wisiały narzędzia. Bardzo dużo narzędzi. Piły, młotki, siekiery, jakieś haki, metalowe rzeczy, których przeznaczenia nie potrafiłam odgadnąć. Rozumiem, działka to działka, bez narzędzi ani rusz. A jednak poczułam nieprzyjemny ścisk. Może dlatego, że Marek stanął w drzwiach tak, iż nie mogłam od razu wyjść. Niby przypadkiem. Ale zauważyłam to.
— Lubię porządek — powiedział.
— Widać.
— U mnie każda rzecz musi mieć swoje miejsce.
Powiedział to takim tonem, jakby nie mówił wyłącznie o narzędziach.
Wyszłam pierwsza na zewnątrz. Od razu łatwiej było oddychać.
Później siedzieliśmy na ganku. Ryba już się piekła, pachniało cytryną i czosnkiem. Zadzwoniłam do Ewy, tak jak obiecałam. Powiedziałam, że wszystko w porządku. Marek w tym czasie siekał koperek. Zauważyłam, że słucha. Nie ostentacyjnie, nie wprost, ale słucha.
— Przyjaciółka się martwi? — zapytał, kiedy skończyłam rozmowę.
— Oczywiście. Ja też bym się martwiła.
Uśmiechnął się krzywo.
— Kobiety teraz wszystkie są strasznie podejrzliwe.
Odpowiedziałam:
— Raczej ostrożne.
— No tak. Chociaż czasem to człowieka uraża. Starasz się, zapraszasz kogoś, a czujesz się, jakby już na starcie wpisano cię na listę przestępców.
W tym miejscu powinnam była bardziej się zatrzymać. Bo spokojny człowiek zwykle nie dyskutuje z cudzym prawem do ostrożności. Ale ja znów próbowałam zaokrąglić kanty.
— Marku, przecież przyjechałam.
— Przyjechała pani — powiedział i uśmiechnął się. — Czyli jednak pani ufa.
Z jakiegoś powodu nic nie odpowiedziałam.
Zjedliśmy. Ryba była naprawdę dobra. Nalał sobie wina, mnie też zaproponował. Odmówiłam.
— Wcale pani nie będzie?
— Wcale. Muszę potem wrócić do domu.
— Mogę panią odwieźć.
— Dziękuję, pojadę pociągiem.
Przez chwilę milczał.
— Po co pani pociąg? Tłok, hałas. Przecież mówię, że odwiozę.
Słowa niby troskliwe, a we mnie coś drgnęło. Bo powiedział to nie jak propozycję, tylko prawie jak podjętą decyzję. Zaśmiałam się tym śmiechem, którego kobiety często używają, żeby zmiękczyć niezręczną rozmowę.
— Lubię pociągi. Można patrzeć przez okno i udawać bohaterkę starego filmu.
Nie uśmiechnął się.
— Pani ciągle żartuje.
— A co mi zostaje?
— Czasem trzeba być poważnym.
I znowu poczułam, jakbym nie była w gościach, tylko na jakimś egzaminie.
Po mniej więcej półtorej godzinie, kiedy zaczęłam już myśleć, że niedługo trzeba będzie się zbierać, Marek nagle powiedział:
— Zaraz podjadą znajomi.
Przez sekundę nawet nie zrozumiałam, o kim mówi.
— Jacy znajomi?
— Moi. Jarek z żoną, Robert. Może Paweł jeszcze wpadnie. Powiedziałem im, że mam gościa.
W środku wszystko mi nieprzyjemnie opadło.
— Marku, nie mówił mi pan o tym.
— A co w tym takiego? Normalni ludzie. Posiedzimy.
— Myślałam, że będziemy sami.
Popatrzył na mnie z takim ogromnym zdziwieniem, jakbym zażądała, żeby zburzył domek.
— Tereso, pani jest przeciwko ludziom? Chciałem, żeby było pani weselej.
No właśnie. „Żeby pani”. Jakby zrobił mi prezent, a ja teraz kapryszę.
Powiedziałam:
— Chciałabym wiedzieć o takich rzeczach wcześniej.
Ostrożnie odłożył nóż na deskę, ale dźwięk i tak zabrzmiał ostro.
— No to przepraszam, że nie przygotowałem pani rozkładu dnia.
I zamilkł.
Zrobiło mi się wstyd. Naprawdę. Chociaż nie miałam się czego wstydzić. Siedziałam jednak na cudzej działce, przy cudzym stole, z jego rybą na talerzu i swoim plackiem obok, i nagle poczułam się jak wybredna kobieta, która psuje ludziom dzień. Głupie uczucie. Jakbym to ja zepsuła święto.
Po dwudziestu minutach przyjechali „znajomi”.