Mam pięćdziesiąt jeden lat. Wydawałoby się, że to już taki wiek, w którym kobieta umie myśleć rozsądnie, nie pędzi za pierwszym miłym słowem i ma w sobie jakiś cichy alarm na dziwnych ludzi. Przynajmniej byłam święcie przekonana, że u mnie ten alarm działa bez zarzutu.
A potem zgodziłam się pojechać do Marka na działkę.
Kiedy dziś o tym myślę, sama nie mogę się nadziwić. Nie dlatego, że wydarzyło się coś jak z ponurego kryminału. Właśnie nie. Najgorsze w tej historii było to, że wszystko wyglądało zwyczajnie. Bez piwnic z wilgocią, bez noży błyskających w półmroku, bez burzy za szybą. Ot, dorośli ludzie, wolna sobota, mały domek za miastem, jedzenie na stole, rozmowy. I nagle w samym środku tej zwyczajności dotarło do mnie z absolutną jasnością, że się boję.
A zaczęło się od naszej korespondencji.
Marek był ode mnie starszy o trzy lata. Miał pięćdziesiąt cztery. Po rozwodzie, dorosła córka mieszkała już osobno. Pracował jako inżynier, chyba przy projektach budowlanych. Pisał spokojnie, poprawnie, bez tych głupich „hej, piękna” i bez całych bukietów emotikonów. Nie poganiał mnie. Nie próbował od pierwszych wiadomości wchodzić mi z butami w życie. Nie mówił do mnie „maleńka”, za co byłam mu szczerze wdzięczna. W naszym wieku „maleńka” od prawie obcego mężczyzny brzmi tak, jakby człowiek wrócił właśnie z podejrzanego kursu uwodzenia albo z taniego serialu.
Często pytał o książki, o moją pracę, o mamę. Wtedy opiekowałam się mamą po zabiegu i on pisał o tym jakoś normalnie, po ludzku. Nie rzucał pustego „trzymaj się”, tylko potrafił napisać: „To musi być ciężkie. Proszę tylko nie zapominać też o sobie”. Pomyślałam wtedy: właśnie tak wygląda dojrzały mężczyzna. Nie chłopak z przeciągiem w głowie. Nie zakochany w sobie gaduła. Nie ktoś, kto szuka kolejnej przygody. Po prostu spokojny, solidny człowiek.
Po kilku tygodniach zaproponował kawę. Spotkaliśmy się w niedużej kawiarni i siedzieliśmy może godzinę. Przyszedł w czystej koszuli, pachniał zwykłą, nienachalną wodą kolońską. Mówił cicho. Kelnerce podziękował bez tej nieprzyjemnej wyższości, którą czasem mają mężczyźni wobec obsługi. Słuchał uważnie. Złapałam się nawet na tym, że przy nim zaczynam się rozluźniać.
Potem były jeszcze dwa spotkania. Spacer po parku, kawa na wynos, rozmowy o działce. Opowiadał, że ma domek pod miastem — stary, jeszcze po rodzicach. Ja ziemię lubię. Bez przesady, oczywiście, ale grządkę mogę wypielić z przyjemnością, o ile potem nikt nie każe mi z tego robić życiowej misji. Marek mówił, że ma koperek, jabłonie, porzeczki. Pokazywał zdjęcia: drewniany ganek, stary stół, bez przy płocie, kot sąsiadów rozciągnięty na schodkach.
I któregoś dnia napisał, a potem powtórzył przy kawie:
— Tereso, przyjedź w sobotę. Odpoczniemy trochę na powietrzu. Upiekę rybę. Odbiorę cię ze stacji, stamtąd jest już naprawdę blisko.
Nie zgodziłam się od razu. Jednak działka. Mężczyzna. Za miastem. Tak, mam pięćdziesiąt jeden lat, ale niebezpieczeństwo nie sprawdza w dowodzie daty urodzenia.
Powiedziałam:
— Zastanowię się.
Uśmiechnął się spokojnie.
— Jasne. Rozumiem. W tych czasach ostrożność naprawdę nie jest niczym złym.
I właśnie to „rozumiem” mnie ujęło. Wiecie? Nie obraził się. Nie zaczął naciskać. Nie zapytał z wyrzutem: „To pani mi nie ufa?”. Dla mnie to zawsze ważny znak. Nie jestem już dziewczyną, żeby jechać tam, gdzie od samego początku ktoś próbuje wykręcić mi ręce swoim urażeniem.
Cały tydzień się wahałam. Moja przyjaciółka Ewa powiedziała:
— Wyślij mi adres. I zadzwoń, jak dojedziesz. I nie pij.
Roześmiałam się.
— Ewka, ja i tak prawie nie piję.
— Właśnie tego „prawie” nie chcę słyszeć. My znamy tych kulturalnych panów. Najpierw rozmowy o Herbercie, a potem: „No i co, szanujesz mnie?”.
Machnęłam ręką, ale adres jej wysłałam. Numer Marka też.
W sobotę szykowałam się długo. Włożyłam dżinsy, jasną koszulę i lekką kurtkę. Nie wystroiłam się, ale też nie wyglądałam tak, jakbym jechała kopać ziemniaki. W piekarni kupiłam placek z kapustą, bo chodzenie w gości z pustymi rękami zawsze wydawało mi się niezręczne. I to moje wieczne „niezręcznie” miało później odegrać swoją rolę. Wiele rzeczy w życiu zrobiłam właśnie przez nie. Niezręcznie odmówić. Niezręcznie wyjść. Niezręcznie powiedzieć, że coś mi nie pasuje. Tylko komu było od tego wygodnie? Na pewno nie mnie.
Na stację jechałam pociągiem podmiejskim. Siedziałam przy oknie, patrzyłam na majową zieleń i myślałam, że może sama się nakręcam. Dorosła kobieta jedzie do dorosłego mężczyzny na działkę. Przecież nie do leśnej głuszy na końcu świata. Telefon naładowany. Dzień jasny. Ludzie dookoła.
Marek czekał przy stacji. Samochód miał stary, ale czysty. Wysiadł, otworzył bagażnik, odebrał ode mnie torbę z plackiem.
— Dobrze się jechało?
— Dobrze.
— Bardzo ładnie pani dziś wygląda.
Powiedział to spokojnie. Bez lepkości w głosie. Aż trochę się zawstydziłam.