Po kupieniu wycieczki świat jakby nabrał koloru. Nawet szkolny dzwonek brzmiał inaczej — głośniej, radośniej. Niosłam przez korytarz gar z zupą, a w środku cała drżałam z niecierpliwości. Za tydzień samolot. Nikt nic nie wiedział: ani koleżanki, ani znajome, ani tym bardziej Piotr.
Czasem uśmiechałam się bez powodu. Kobiety w stołówce zerkały na mnie podejrzliwie.
— Anka, co ty tak promieniejesz? W totka wygrałaś?
— Prawie — żartowałam.
W środku rosło dziwne uczucie: zachwyt wymieszany ze strachem. Bilety i dokumenty schowałam w kuchennej szafce za paczką kaszy gryczanej. Piotr nigdy tam nie zaglądał. Wieczorami wyjmowałam papiery, gładziłam je palcami i wyobrażałam sobie, że otwieram oczy, a wokół jest słońce, piasek, morze i nowa ja.
Im bliżej było wylotu, tym głośniej coś we mnie szeptało: „A jeśli on się dowie?”.
W sobotę Piotr wrócił z trasy. Wszedł jak zwykle zmęczony, prawie się nie rozbierając, rzucił torbę przy drzwiach i ciężko westchnął.
— Ledwo dojechałem. Drogi paskudne.
Postawiłam kolację. Jadł w milczeniu, patrząc w telewizor. Spiker mówił o kolejnych podwyżkach, ale mnie to nie obchodziło. Patrzyłam na twarz męża i czułam, jak ściska mi się serce. Kiedyś ten człowiek był dla mnie wszystkim. Teraz wydawał mi się obcy.
Po kolacji zapytał:
— W szkole jak?
— Jak zawsze — odpowiedziałam.
— No tak — mruknął.
I na tym rozmowa się skończyła.
Nawet nie zauważył, że obok, pod obrusem, stała moja do połowy spakowana walizka.
W nocy nie spałam. Piotr chrapał, a ja słuchałam zegara. Każda sekunda odliczała moją tajemnicę. W piersi kłębił się strach, ale razem z nim płynęła dziwna, niemal zakazana przyjemność. Jakbym już wyszła z klatki, choć na razie tylko w myślach.
Rano pojechał na parking i powiedział, że za trzy dni znów rusza w trasę.
— Trochę odpocznę i jadę dalej — rzucił, całując mnie w policzek.
Policzek został zimny. Kiedy ciężarówka zniknęła za zakrętem, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i cicho się roześmiałam. Ten śmiech był drżący, prawie przestraszony.
Tego samego dnia poszłam na targ. Kupiłam lekką sukienkę, kapelusz, ciemne okulary. Sprzedawczyni zapytała:
— Na wakacje się pani wybiera?
— Tak — powiedziałam. — Do Dubaju.
Gwizdnęła cicho.
— No, no. Z rozmachem.
Uśmiechnęłam się. Słowo „Dubaj” brzmiało tak przyjemnie, jakby samo było biletem do innego życia.
Wieczorem spakowałam walizkę do końca: sukienkę, kostium kąpielowy, krem do opalania, aparat, dokumenty. Dzieciom napisałam krótko: „U mnie wszystko dobrze. Jadę trochę odpocząć. Nie martwcie się”. Gdzie dokładnie — nie dopisałam. Niech myślą, że nad Bałtyk albo w góry.
Przed snem siedziałam na łóżku i patrzyłam na walizkę. W głowie powtarzało się jedno: „Byle się udało”.
Rano pojechałam do większego miasta, a stamtąd autobusem na lotnisko. Serce tłukło się tak, jakbym szła zdawać najważniejszy egzamin. W hali odlotów mieszały się głosy, zapowiedzi, zapach kawy i śmiech. Czułam się jak maleńkie ziarenko piasku wśród tych wszystkich ludzi. Ale szczęśliwe ziarenko.
Kiedy ogłoszono wejście na pokład, pierwszy raz w życiu weszłam po schodach do samolotu. Za oknem migotały światła mojego kraju — drobne, drżące. Zamknęłam oczy i pomyślałam: „Żegnaj, Anno ze szkolnej stołówki”.
Gdy samolot oderwał się od ziemi, zrozumiałam, że nie ma już drogi powrotnej.
Samolot wylądował, a ja poczułam się, jakbym wynurzyła się ze snu. Przez okno uderzyło takie światło, jakby samo słońce zajrzało do środka. Powietrze falowało od upału, a razem z nim drżało moje serce. Na tablicach świeciły napisy: „Dubai International Airport”.
Wyszłam z samolotu i ciepły podmuch od razu dotknął mojej twarzy. Pachniało przyprawami, drogimi perfumami i czymś obcym, słodkawym. Zdawało się, że każdy oddech obiecuje mi nowe życie. Szłam długim korytarzem, starając się nie zgubić wśród pewnych siebie ludzi z walizkami i telefonami. A ja — w granatowej sukience, z drżącymi rękami i oczami pełnymi światła.
Kontrolę paszportową przeszłam spokojnie. Młody funkcjonariusz o ciemnych oczach spojrzał na zdjęcie, potem na mnie i kiwnął głową.
— Welcome.
Jedno krótkie słowo stało się początkiem innej rzeczywistości.
Taksówka mknęła autostradą obok ogromnych wież, świecących szyldów i szklanych wystaw. Przycisnęłam czoło do szyby. Wszystko przypominało bajkę. Wieżowce wyrastały jakby wprost z piasku. Ulice lśniły czystością. Kiedy kierowca podał cenę, trochę się zmieszałam, ale podałam pieniądze, myśląc: warto.
Hotel błyszczał jak pałac. Przy recepcji dziewczyna w chustce uśmiechnęła się uprzejmie.
— Welcome, Mrs. Anna. Your room with sea view.
Skinęłam głową, choć nie każde słowo zrozumiałam. „Sea view” zabrzmiało dla mnie jak zaklęcie.
Pokój był przestronny: białe zasłony, lustra, chłodna podłoga i widok na bezkresne morze. Fale iskrzyły się, słońce tańczyło na wodzie. Otworzyłam okno, wciągnęłam gorące powietrze i roześmiałam się naprawdę. Pierwszy raz od wielu lat.
Zdjęłam buty, przeszłam boso po chłodnych kaflach i wyszłam na balkon. W dole szumiał wielki świat: samochody, muzyka, rozmowy. Uniosłam ręce, jakbym chciała objąć cały ten widok, i wyszeptałam: