Mężczyzna, z którym się spotykałam, 34-letni „wolny” adorator, okazał się żonaty — a jego żona z wyraźną satysfakcją oznajmiła mi to przez telefon. Następnego dnia posadziłam ich oboje naprzeciw siebie

Telefon z nieznanego numeru zadzwonił w piątkowy wieczór dokładnie wtedy, gdy po długim tygodniu pracy wreszcie pozwoliłam sobie odetchnąć. Zaparzyłam rumianek, otworzyłam laptop, żeby dopisać kolejny rozdział nowego opowiadania, a mój kot zwinięty w kłębek grzał mi kolana. W mieszkaniu panowała ta cenna, gęsta cisza, której strzegę jak skarbu i nie oddaję byle komu.

Niechętnie sięgnęłam po smartfon. Zwykle nie odbieram połączeń od obcych numerów, ale tego dnia czekałam na kuriera.

— Słucham? — powiedziałam krótko.

W słuchawce odezwał się kobiecy głos. Dźwięczny, pewny siebie i przepełniony jakąś osobliwą, bulgoczącą radością. Tak mówią ludzie, którzy właśnie trafili wielką wygraną na cudzym pogrzebie.

— Dobry wieczór! Czy rozmawiam z Alicją? — zaświergotała nieznajoma.

— Załóżmy. Z kim mam przyjemność?

— Och, jak cudownie, że się dodzwoniłam! Jestem żoną Piotra. Marlena. To pani spotyka się z moim mężem, prawda? W telefonie ma go pani chyba zapisanego jako „Piotr Architekt”?

Kot poruszył uchem z niezadowoleniem. Odstawiłam filiżankę na stolik.

Piotr. Trzydzieści cztery lata. Poznaliśmy się trochę ponad miesiąc temu na wystawie ilustracji książkowej. To on zagadnął pierwszy: wysoki, czarujący, z inteligentnym spojrzeniem i naprawdę świetnym poczuciem humoru. Najpierw była kawa, potem drugie spotkanie, później teatr. Umiał zabiegać o kobietę z klasą. Dużo mówił o swojej trudnej, wyczerpującej pracy, o pustce w kawalerskim mieszkaniu i o tym, że marzy mu się kobieta, przy której można milczeć i rozumieć się bez słów.

Nie był to jeszcze szalony romans z obietnicami na całe życie. Raczej ten etap lekkiego flirtu i ostrożnego zbliżania się do siebie, kiedy dwoje ludzi dopiero zaczyna sobie ufać. Dzień wcześniej napisał mi wzruszającą wiadomość, że musi pilnie wyjechać służbowo do Gdańska na weekend i przywiezie mi jakiś drobiazg.

— Żoną? — powtórzyłam, czując, jak coś w środku na ułamek sekundy się urywa, a potem natychmiast napina jak twarda, dźwięcząca struna. — To bardzo ciekawe. A sam Piotr wie, że jest żonaty? Bo przede mną odgrywał wersję człowieka tragicznie samotnego i świeżo po ciężkim rozwodzie.

Po drugiej stronie rozległ się szczery, donośny śmiech.

— Oj, oni wszyscy tak mówią! — machnęła tym zdaniem jak stara znajoma po fachu. — Rozwiedziony, akurat. Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat. Pani Alicjo, proszę się tak nie przejmować. Jest pani w tym roku już trzecią „pokrewną duszą”. Sprawdziłam mu telefon, kiedy był pod prysznicem. Zobaczyłam waszą rozmowę o „delegacji”. Pomyślałam, że zadzwonię i po kobiecemu ostrzegę, żeby sobie pani czasem sukni ślubnej w głowie nie szyła. Mój Piotruś z domu nie odejdzie. Może sobie pobiegać, ale zawsze wraca do mnie. Do obiadu, do porządku, do własnego życia.

Czekała. Czułam to przez słuchawkę niemal fizycznie. Wstrzymała oddech i czekała, aż się rozkleję. Aż zacznę przepraszać. Albo rzucę się na nią z pretensjami i zapewnieniami, że kocha tylko mnie. Nie zadzwoniła po to, żeby mnie „uprzedzić”. Zadzwoniła, żeby połechtać własne zranione ego, utwierdzić się cudzym kosztem i przypieczętować swoją pozycję legalnej właścicielki.

Zamiast upokorzenia przyszła do mnie nagle absolutna, lodowato czysta jasność całego tego absurdu.

— Marlena — powiedziałam spokojnie, miękko, prawie uprzejmie. — Z całego serca pani gratuluję. Naprawdę trafił się pani wspaniały, lojalny, godny zaufania mąż. Główna nagroda tej imprezy jest zdecydowanie pani.

— No… dziękuję — odpowiedziała, ale w głosie pojawiło się zakłopotanie. Moja reakcja wytrąciła jej z ręki cały scenariusz.

— Jest tylko jeden problem — ciągnęłam dalej, patrząc na światła za oknem. — Ten pani wyjątkowy mąż, kiedy udawał przede mną rozwiedzionego singla, pożyczył ode mnie bardzo rzadką, kolekcjonerską książkę. A do tego zostawił w moim samochodzie kaszmirowy szalik. Nie zbieram pamiątek po cudzych mężach. Skoro już tak uprzejmie pani się ze mną skontaktowała, załatwmy tę sprawę jak dorośli ludzie.

— To znaczy co? Niech go pani wyrzuci! — odgryzła się nerwowo Marlena.

— Ależ skąd. To droga rzecz, po co ma cierpieć domowy budżet. Książkę też trzeba oddać — mówiłam spokojnie, niemal jak lektorka wiadomości. — Jutro sobota. Jak rozumiem, pani mąż wcale do żadnego Gdańska nie pojechał. Będę czekać na was oboje jutro o dwunastej w kawiarni „Elegia” przy alei. Oddam wszystko z ręki do ręki.

— Nigdzie z panią nie pójdę! I on też nie! — zapiszczała żona.

— Marlena — obniżyłam głos tylko odrobinę. — Jeśli jutro się nie pojawicie, zapakuję szalik i książkę w ładne pudełko i wyślę kurierem na wasz domowy adres. Dołączę też wydruki wszystkich tych wierszyków, które pani Piotruś przysyłał mi przez ostatni miesiąc. Uwierz mi, znajdzie tam pani sporo interesujących fragmentów o tym, jak dusi się w małżeństwie z — cytuję — „przytłaczającą kobietą, która go nie rozumie”. Myślę, że lektura może być pouczająca. Do jutra.