Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź. Telefon rzuciłam na kanapę. Pogłaskałam kota za uchem, poszłam do kuchni i nalałam sobie kieliszek wytrawnego czerwonego wina. Nastrój miałam niemal filozoficzny. Oczywiście było we mnie rozczarowanie — nikomu nie jest miło uświadomić sobie, że ktoś próbował nim załatać dziurę w cudzym małżeństwie. Ale jeszcze silniejsze było we mnie oczekiwanie na wielkie, bezlitosne obnażenie tej żałosnej farsy.
Następnego dnia, punktualnie za piętnaście dwunasta, siedziałam już przy stoliku w rogu „Elegii”. Przede mną stała filiżanka mocnego cappuccino, obok leżała papierowa torba z granatowym szalikiem i tomem Remarque’a. Miałam na sobie wygodny beżowy sweter i dżinsy. Nie zamierzałam stroić się na to spotkanie, bo nie miałam nic do udowodnienia.
Spóźnili się dziesięć minut.
Do kawiarni weszła para. Gdyby ktoś kręcił komedię o absurdalnych zdradach, oboje nadawaliby się do głównych ról idealnie.
Marlena, kobieta około trzydziestki, była wystrojona od stóp do głów. Miała włosy ułożone pasmo przy paśmie, mocny dzienny makijaż, markową torebkę ustawioną logo do przodu i spojrzenie zwyciężczyni, która przyszła odebrać kapitulację przeciwnika.
Za nią, z nogi na nogę, wlókł się „Piotr Architekt”. Mój czarujący, pewny siebie inteligent przemienił się w blade, zgarbione, zaszczute stworzenie. Unikał wzroku, skubał rękaw kurtki i wyglądał tak, jakby prowadzono go na egzekucję.
Podeszli do mojego stolika. Nie wstałam. Po prostu wskazałam im dwa wolne krzesła naprzeciwko.
Usiedli. Marlena położyła torebkę na stole jak tarczę. Piotr wbił wzrok w cukierniczkę, jakby na jej dnie ukryto sens jego marnego życia.
— No witam, Alicjo — odezwała się Marlena z wyższością i wyraźnym wyzwaniem. — Jak widać, przyszliśmy. Proszę oddać nasze rzeczy i pójdziemy. Mamy jednak weekend i rodzinne plany.
Powoli upiłam łyk kawy. Spojrzałam na nią. Potem przeniosłam wzrok na Piotra.
— Dzień dobry. Piotrze, jak podróż do Gdańska? Bez korków? — zapytałam uprzejmie.
Piotr ciężko przełknął ślinę, jego twarz pokryła się czerwonymi plamami, ale nie wydobył z siebie ani słowa.
Marlena zirytowana cmoknęła językiem.
— Dosyć tego teatru! Przecież już pani wszystko wczoraj wyjaśniłam! To mój mąż! Pomylił się! Mężczyźni tacy już są, to ich natura! Ale wybrał mnie! Wybaczyłam mu. A pani była tylko… epizodem. Proszę oddać szalik!
Nie sięgnęłam po torbę. Oparłam się wygodniej, splótłam dłonie i spojrzałam Marlenie prosto w oczy.
— Marlena. Przyszła tu pani z wysoko uniesioną głową i wojennym makijażem, żeby pokazać mi swoją wyższość. Wczoraj mówiła pani takim tonem, jakby właśnie wygrała igrzyska. Tylko czy pani naprawdę rozumie, co dokładnie wygrała?
Skinęłam głową w stronę skulonego Piotra.
— Niech pani na niego spojrzy. To jest pani mąż. Człowiek, któremu powinna pani ufać. A on ściąga obrączkę jeszcze w windzie. Mnie patrzy w oczy i kłamie, że jest sam. Pani patrzy w oczy i kłamie, że siedzi po godzinach w pracy. To tchórz, który nawet teraz nie potrafi podnieść wzroku i powiedzieć choć jednego słowa we własnej obronie, tylko chowa się za pani plecami.
— Niech pani nie waży się go obrażać! Sami załatwimy swoje sprawy! — zapiszczała Marlena, a z jej twarzy zaczął znikać cały ten starannie przygotowany blask, zastępowany brzydkimi plamami gniewu.
— Ja go nie obrażam. Ja tylko nazywam rzeczy po imieniu — odpowiedziałam równie spokojnie. — Sama pani powiedziała, że jestem trzecią kobietą w tym roku. Pani nie jest żoną, Marlena. Pani jest darmowym dozorcą przy dorosłym, kompletnie niepoważnym mężczyźnie. Jest pani dumna z tego, że grzebie mu pani w telefonie, kiedy się kąpie. Dumna z tego, że odgania pani inne kobiety jak muchy od śmieci.
Wzięłam papierową torbę do ręki.
— Myśli pani, że jestem zdruzgotana, bo okazał się żonaty? Nie, Marlena. Ja naprawdę pani współczuję. Bo ja za chwilę dopiję kawę, wrócę do czystego mieszkania i za dwa dni zapomnę, jak on się nazywa. A pani z tym kłamcą i tchórzem położy się dziś do łóżka. Jutro też. I pojutrze. I będzie pani codziennie sprawdzać jego telefon, czekając na czwartą, piątą, dziesiątą.
Położyłam torbę na stole i przesunęłam ją w stronę Marleny.
— Proszę. Oto pani trofeum. Szalik też proszę zabrać.
Piotr w końcu wydusił z siebie chrapliwy, żałosny dźwięk:
— Alicja… ja… ja naprawdę chciałem dobrze. Pogubiłem się… Ty nie rozumiesz, u nas wszystko jest skomplikowane…
— Zamknij się, Piotr! — warknęła na niego żona tak głośno, że ludzie przy sąsiednich stolikach odwrócili głowy. — Wstawaj. Wychodzimy!
Chwyciła torbę, poderwała swoją markową torebkę i zerwała się z miejsca. Jej wyniosłość, triumf i złudzenie zwycięstwa rozsypały się na pył. Przyszła, żeby upokorzyć kochankę, a wychodziła z bolesną świadomością, że jedyną naprawdę upokorzoną kobietą w tym trójkącie jest ona sama.
Szli do wyjścia. Piotr zahaczył nogą o krzesło. Marlena nawet się nie obejrzała. Wyleciała na chodnik, a ja przez szybę zobaczyłam, jak z furią zaczyna wymachiwać rękami i wrzeszczeć na męża wprost na ulicy.
