List Marty rozbił szczęście Anny w pierwszy poranek po ślubie i sprawił, że los jej oraz Piotra już nigdy nie mógł potoczyć się tak samo

Poranek po weselu pachniał świeżo ściętymi kwiatami, ciężkimi nutami eleganckich perfum i kawą, która zdążyła już przestygnąć w filiżance. Przez grube zasłony hotelowego pokoju przeciskały się promienie słońca, kładąc na ścianach i podłodze ciepłe, złotawe smugi. Na fotelu leżał niedbale rzucony welon zdjęty poprzedniego wieczoru, a obok stały walizki spakowane zaledwie do połowy.

Anna siedziała na brzegu łóżka i w milczeniu patrzyła na Piotra. Jeszcze spał. W tej chwili jego twarz była tak spokojna, że aż trudno było uwierzyć, iż cokolwiek mogłoby zakłócić ich szczęście. Za kilka godzin mieli wyruszyć w podróż, o której rozmawiali przez wiele miesięcy i którą oboje zdążyli obrosnąć marzeniami.

Nagle telefon leżący na nocnym stoliku zaczął wibrować.

Dziewczyna szybko chwyciła go w dłoń, żeby dźwięk nie obudził męża. Na ekranie pojawił się nieznany numer stacjonarny.

— Słucham — powiedziała cicho, wychodząc na balkon.

— Pani Anno Kowalska? Dzień dobry. Dzwonię z głównego wydziału Urzędu Stanu Cywilnego, w którym wczoraj odbyła się rejestracja państwa małżeństwa — odezwała się kobieta rzeczowym, urzędowym tonem. — Musimy pilnie spotkać się z panią w sprawie dokumentów dotyczących aktu małżeństwa.

Serce Anny ścisnęło się nieprzyjemnie.

— Co się stało?

— Podczas weryfikacji danych ujawniono poważną rozbieżność w państwowych rejestrach. Pani osobista obecność jest konieczna natychmiast.

— Ale my dzisiaj wylatujemy. Nie da się tego załatwić później?

— Niestety nie. I jeszcze jedna prośba. Proszę przyjechać bez pana Piotra Zielińskiego. Na razie proszę nie mówić mu o naszej rozmowie.

Ostatnie zdanie zabrzmiało najbardziej niepokojąco.

— Dlaczego?

— Wszystko wyjaśnimy pani na miejscu.

Połączenie zostało przerwane.

Przez dłuższą chwilę Anna stała nieruchomo, próbując zrozumieć, co właściwie usłyszała. Im dłużej obracała w myślach słowa urzędniczki, tym mocniej narastał w niej lęk, którego nie umiała nazwać.

Kiedy wróciła do pokoju, Piotr już nie spał.

— Dzień dobry, żono — uśmiechnął się.

To jedno słowo sprawiło, że zrobiło jej się jeszcze ciężej.

— Muszę na chwilę pojechać do urzędu — powiedziała, starając się brzmieć spokojnie.

— Dzisiaj? Zaraz po ślubie?

— Tak. Powiedzieli, że to zajmie tylko moment.

— W takim razie jadę z tobą.

— Nie trzeba. Szybko to wyjaśnię i wrócę.

Po pewnym czasie taksówka zatrzymała się przed znajomym budynkiem.

Jeszcze wczoraj wchodziła tam przy muzyce, wśród uśmiechów i gratulacji gości.

Teraz przekraczała próg bocznym wejściem dla pracowników, czując dziwny, niemal fizyczny niepokój.

Korytarze były prawie puste.

W pokoju numer dwanaście czekała na nią kobieta w średnim wieku, trzymająca w rękach teczkę z dokumentami.

— Proszę wejść — powiedziała. — Nazywam się Katarzyna Majewska.

Anna usiadła naprzeciwko niej.

— Proszę mi powiedzieć, co się dzieje.

Urzędniczka przez kilka sekund milczała.

Potem otworzyła teczkę.

— Po zarejestrowaniu małżeństwa przeprowadzana jest dodatkowa automatyczna kontrola danych w bazach państwowych.

— I co wykazała?

— W trakcie tej kontroli okazało się, że wobec pani męża istnieje aktywny wpis o wcześniejszym zawarciu małżeństwa.

Anna nie od razu pojęła sens tych słów.

— Przepraszam?

— Według informacji, które wpłynęły dziś rano, pan Piotr Zieliński formalnie pozostaje w zarejestrowanym małżeństwie z inną kobietą.

Pokój jakby zachwiał się jej przed oczami.

— To niemożliwe.

Katarzyna Majewska przesunęła w jej stronę kopię dokumentu.

— My również mieliśmy nadzieję, że to błąd. Właśnie dlatego poprosiliśmy panią, żeby przyjechała osobiście.

Anna patrzyła na kartkę i nie potrafiła uwierzyć w to, co widzi.

Data rejestracji.

Nazwisko.

Imię kobiety.

Wszystko wyglądało całkowicie oficjalnie.

— Może to awaria systemu?

— Tę możliwość sprawdziliśmy jako pierwszą. Niestety dane potwierdzają się w kilku źródłach.

— Ale Piotr mówił, że nigdy nie był żonaty.

— W takim razie albo sam nie wiedział o problemie, albo świadomie go przed panią ukrył.

Te słowa zabrzmiały wyjątkowo boleśnie.

Po wyjściu z gabinetu Anna długo siedziała w samochodzie, nie mając odwagi wrócić do hotelu.

Myśli plątały się bezładnie.

W pamięci zaczęły wynurzać się drobiazgi, którym wcześniej nie nadawała żadnego znaczenia.

Dziwne telefony.

Niechęć do rozmów o przeszłości.

Rzadkie wyjazdy „w sprawach”, o których mówił zbyt ogólnikowo.

To, co dotąd wydawało się przypadkowym zbiorem szczegółów, nagle ułożyło się w niepokojącą całość.

Po godzinie jednak wróciła.

Piotr czekał na nią w hotelowym holu.

— Gdzie ty się podziałaś? Zacząłem się już martwić.

Spojrzała na niego uważnie.

Jego twarz była tak samo spokojna jak rano.

Jakby nic się nie wydarzyło.

— Musimy porozmawiać.

Uśmiech zniknął.

— Co się stało?

— Dzisiaj nie byłam w pracy.

Zesztywniał.

Ledwie zauważalnie.

Ale Anna to dostrzegła.

— A gdzie?

— W Urzędzie Stanu Cywilnego.

Kilka sekund ciągnęło się nieznośnie długo.

— Po co?

— Powiedziano mi, że masz ważne małżeństwo.

Piotr pobladł.

I właśnie ta reakcja powiedziała jej więcej niż jakiekolwiek słowa.