W pokoju panowała głęboka cisza, ale była zupełnie inna niż ta w sali tronowej. Nie było w niej pogardliwych spojrzeń, szeptanych obelg ani skrywanej nienawiści. Był tylko spokój. Człowiek leżący kilka kroków dalej nie patrzył na Helenę z odrazą i nie próbował jej upokorzyć.
Po raz pierwszy od wielu lat uświadomiła sobie, że nie czuje strachu. W jej wnętrzu pojawiła się osobliwa pustka. Nie bolała. Przeciwnie, przypominała wolne miejsce, w którym mogło narodzić się coś nowego.
Rankiem mężczyzna podniósł się bardzo ostrożnie. Poruszał się niemal bezgłośnie, jakby obawiał się, że nawet oddechem mógłby ją obudzić. Helena miała już otwarte oczy i bez słowa obserwowała każdy jego ruch.
Przez całe życie otaczali ją ludzie, którzy kłaniali się przed nią, a za plecami rozszarpywali ją słowami. Teraz jedyną osobą pozostającą przy jej boku był ten cichy, poraniony człowiek, którego ojciec uważał za kogoś gorszego od wszystkich.
Dopiero rankiem trzeciego dnia zebrał się na odwagę i przemówił.
— Pani… Czy mam przynieść trochę chleba? — zapytał tak cicho, że ledwie go usłyszała.
Helena zawahała się. Nie spodziewała się pytania. Po chwili lekko pokręciła głową.
— Nie… Nie jestem głodna.
Skłamała. Żołądek bolał ją z głodu, lecz nie potrafiła się do tego przyznać. Jakub nie podważył jej słów. Nie nalegał, nie szydził, nie próbował wywierać nacisku. Skinął tylko głową i bezszelestnie wyszedł z pokoju.
Czwartego dnia wyszorował kamienną posadzkę od jednego końca do drugiego. Piątego wstał na długo przed przebudzeniem Heleny i rozpalił w kominku, dzięki czemu pomieszczenie po raz pierwszy stało się naprawdę ciepłe. Szóstego dnia położył na stole mały bukiet polnych kwiatów zebranych za murami. Nie wyjaśnił, dlaczego to zrobił, i nie czekał na podziękowanie.
Siódmego dnia to Helena przerwała ostrożne milczenie, które dotąd ich dzieliło.
— Jak masz na imię? — zapytała łagodnie.
Mężczyzna znieruchomiał na moment. Potem po raz pierwszy uniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy.
— Jakub.
Powtórzyła jego imię powoli, jakby chciała sprawdzić, jak brzmi.
— Jakub…
Nie krył się za nim żaden tytuł ani znak szlachetnego pochodzenia. Mimo to było w nim coś prawdziwie ciepłego. Coś prostego, szczerego i pozbawionego udawanej wielkości, czego Helena nigdy nie zaznała na królewskim dworze.
Z każdym kolejnym dniem spędzali razem coraz więcej czasu. Stary ogród za zamkiem stał się ich schronieniem. Pośród przemarzniętych krzewów róż, popękanej ziemi i kojącej ciszy potrafili pozostawać godzinami.
Pewnego dnia Jakub wskazał kępy fioletowej lawendy.
— Te rośliny stają się najsilniejsze dopiero po mocnym przycięciu — powiedział spokojnie. — Kiedy poruszy się ich korzenie i przewróci ziemię, każdy, kto na nie patrzy, jest przekonany, że obumarły. A właśnie wtedy zaczynają wracać do życia. W chwili, gdy wydają się całkiem pozbawione sił, rodzą się na nowo.
Helena spojrzała na niego zaskoczona. Te słowa nie raniły. Przeciwnie, dotykały miejsca w jej sercu, do którego od dawna nikt nie potrafił dotrzeć.
— A ty? — wyszeptała. — Też wiele razy musiałeś zaczynać od początku?
Na ustach Jakuba pojawił się krótki, smutny uśmiech.
— Dawno temu przestałem liczyć.
Helena roześmiała się, zanim zdążyła się powstrzymać.
Jej śmiech był tak naturalny, że sama poczuła zdumienie. Niemal zapomniała, jak brzmi, bo od dzieciństwa odzywał się niezwykle rzadko. Od tamtego dnia zaczęli wspólnie zajmować się ogrodem. Helena klękała na ziemi i nie martwiła się, że brudzi błotem rąbek kosztownej sukni. Jakub cierpliwie pokazywał jej, jak przycinać gałęzie, podlewać rośliny i przywracać żyzność zaniedbanej ziemi. Nigdy nie naruszał jej granic. Uważał na każdy gest, by nie wywołać w niej najmniejszego dyskomfortu.
Pewnego ranka Helena stanęła przed lustrem i długo przyglądała się własnemu odbiciu.
Jej ciało pozostało takie samo.
Nadal miała okrągłą twarz, pełną sylwetkę i wygląd, z którego wszyscy drwili.
Zmieniły się jednak jej oczy.
Nie było w nich już tyle bólu.
Powoli pojawiały się nadzieja i pragnienie życia.
Po raz pierwszy zobaczyła w lustrze nie księżniczkę, której należało się wstydzić, lecz człowieka zasługującego na szacunek.
Spokój nie trwał jednak długo.
Służba znów zaczęła szeptać.
— Przy nim się uśmiecha…
— Codziennie przesiaduje z tym niewolnikiem w ogrodzie…
— Łączy ich coś więcej niż zwykła przyjaźń…
Wieści szybko dotarły do króla.
Gdy Bolesław zrozumiał, że wymyślone przez niego upokorzenie przyniosło skutek odwrotny od zamierzonego, wpadł w furię. Kara, która miała zniszczyć córkę, zaczęła dawać jej szczęście. Nie mógł się z tym pogodzić.
Rozkazał Helenie natychmiast stawić się w jednej z wysokich zamkowych wież.
Kiedy weszła do komnaty, król spojrzał na nią ze złością, zaciskając zęby.
— Zupełnie zapomniałaś, kim jesteś? — syknął. — Księżniczka nie klęka w błocie! On jest tylko niewolnikiem! A ty pozostajesz moją hańbą!
Dawniej podobne słowa roztrzaskałyby jej duszę.
Tym razem nie miały już tej samej mocy.
Po raz pierwszy Helena zaczęła bowiem patrzeć na siebie nie oczami ojca, lecz własnym sercem.
