Kilka dni później spacerowali po ogrodzie, gdy zerwał się lekki wiatr. Drobny płatek kwiatu zaplątał się w jej włosy.
Jakub z wyraźnym wahaniem wyciągnął rękę i delikatnie go zdjął. Natychmiast cofnął dłoń.
— Wybacz… Nie powinienem był cię dotykać…
Helena ujęła jego rękę w obie swoje dłonie.
— Nie przepraszaj — odpowiedziała miękko. — Nikt przez całe moje życie nie traktował mnie z taką delikatnością jak ty.
Ich spojrzenia spotkały się.
Nie było w nich strachu.
Nie było poniżenia.
Nie było również wstydu.
Patrzyło na siebie dwoje ludzi, którzy po raz pierwszy naprawdę się widzieli.
Następnego dnia Helena przyniosła do ogrodu świeże owoce.
Usiedli obok siebie i podzielili chleb oraz owoce. Długo rozmawiali, śmiali się i odkrywali, że nawet wspólne milczenie może dawać ukojenie. Byli jak dwie zagubione dusze, które po wielu latach odnalazły drogę do siebie.
Nie zauważyli młodej służącej, która obserwowała ich z jednego z okien na górnym piętrze zamku.
To, co zobaczyła, wystarczyło, by zrozumieć prawdę.
Córka króla zakochała się w człowieku, którego otrzymała jako karę.
Wieść wkrótce dotarła przed oblicze władcy.
Bolesław niemal oszalał ze złości.
— Dosyć! — ryknął głosem, od którego zadrżały zamkowe mury. — Rozdzielić ich natychmiast! Zamknąć ją w pokoju! Ogród ma zostać zamknięty! A tego niewolnika zabierzcie mi sprzed oczu!
Rozkaz wykonano jeszcze tego samego dnia.
Helenę uwięziono w jej komnacie.
Siedziała przy oknie i pozwalała łzom płynąć, dbając tylko o to, by nikt ich nie zobaczył.
Teraz jednak obok bólu mieszkało w niej również inne uczucie.
Po raz pierwszy miała miłość, o którą warto było walczyć.
Jakuba ponownie skuto ciężkimi łańcuchami i wrzucono do ciemnej celi, do której nie docierał nawet promień słońca.
Zimne żelazo raniło jego ciało.
Myśl, że może już nigdy nie zobaczyć Heleny, bolała jednak bardziej niż kajdany.
Siódmego dnia Helena potajemnie napisała krótki list.
„Myślę o tobie przy każdym oddechu. Jeśli wciąż słyszysz mój głos w swoim sercu, pamiętaj: moje serce nadal bije razem z twoim. Cokolwiek się stanie, nie trać nadziei”.
Jedna z młodych służących ulitowała się nad nią.
Niepostrzeżenie wsunęła wiadomość do bochenka chleba niesionego Jakubowi.
Kiedy odnalazł kartkę i przeczytał zapisane słowa, całe jego ciało zaczęło drżeć.
Łzy spłynęły mu po twarzy.
Nie były to jednak łzy rozpaczy, lecz odwagi, która właśnie odradzała się w jego wnętrzu.
Tej nocy, siedząc w ciemnej celi, po raz pierwszy zaczął zastanawiać się, czy ucieczka jest możliwa. Od tej chwili miał tylko jeden cel: znaleźć drogę prowadzącą z powrotem do Heleny.
Tymczasem król Bolesław układał nowy, jeszcze okrutniejszy plan. Chciał raz na zawsze zakończyć wszystko, co wydarzyło się między córką a niewolnikiem. Postanowił wydać Helenę za starego, lecz niezwykle wpływowego księcia. W jego przekonaniu takie małżeństwo miało ocalić honor korony i definitywnie zamknąć „haniebny” rozdział w życiu królewskiej córki.
Gdy Helena usłyszała o decyzji ojca, nie krzyknęła ani nie zaprotestowała.
Podeszła spokojnie do lustra.
Przez długą chwilę patrzyła własnemu odbiciu w oczy.
Potem powiedziała ledwie słyszalnie:
— A więc nadszedł czas…
Tamtej nocy w wielkich zamkowych salach trwała uczta. Możni unosili złote puchary, muzycy grali do tańca, a goście śmiali się i rozmawiali, nieświadomi nadciągającej burzy.
Helena włożyła prosty strój służącej. Zakryła włosy, przemknęła niezauważona przez kuchenne korytarze i starymi podziemnymi przejściami dotarła do lochów.
Jakub, widząc ją przed sobą, nie potrafił uwierzyć własnym oczom.
— Naprawdę… przyszłaś? — wyszeptał drżącym głosem.
Helena bez wahania rzuciła mu się w ramiona.
— Chcą oddać mnie staremu człowiekowi — powiedziała, łapiąc oddech. — Ale nigdy na to nie pozwolę.
Jakub delikatnie dotknął jej policzka jedną dłonią.
— Nie jesteś niczyją własnością, Heleno… Należysz tylko do siebie. Jeżeli musisz uciec, pójdę z tobą. Nigdy więcej nie zostawię cię samej.
Z pomocą wiernej służącej przedostali się zapomnianymi tunelami aż do ogrodu za zamkiem.
Księżyc srebrzył drogę przed ich stopami.
Po raz pierwszy szli obok siebie i nie musieli ukrywać miłości.
Nie cieszyli się jednak wolnością długo.
Zauważyli ich strażnicy.
Po chwili dzwony alarmowe rozbrzmiały w całej warowni.
Król zerwał się z miejsca wściekły.
— Sprowadzić moją córkę z powrotem! Niewolnika zabić natychmiast! — rozkazał.
Helena i Jakub biegli bez zatrzymania.
Przecięli pola.
Mknęli leśnymi drogami.
Pokonywali głębokie doliny i kamieniste ścieżki.
A mimo strachu czasem wybuchali śmiechem.
Po raz pierwszy naprawdę byli wolni.
Pewnej nocy, odpoczywając pod rozgwieżdżonym niebem, Helena odezwała się cicho:
— Jeżeli mamy umrzeć… umrzyjmy razem.
Jakub stanowczo pokręcił głową.
— Nie. Nie umrzemy. Będziemy żyć. Bez względu na cenę, będziemy żyć.
O świcie usłyszeli za sobą odległy tętent końskich kopyt.
Do tego czasu zdołali jednak zmylić trop.
Spali pod drzewami.
Żywili się leśnymi jagodami i korzeniami.
Pili wodę ze strumieni.
