Wykończona. Czym? Od pierwszego dnia po ślubie nie pracowała. Budziła się bliżej południa, jadła śniadanie, jechała do klubu fitness „Olimp” przy Legnickiej, potem galeria handlowa, kawiarnia, manicure. Wracała do domu przed kolacją, z torbami. Gotowała co drugi raz, jeśli miała nastrój. Sprzątała podobnie. W sypialni prawie nic. Raz w miesiącu, jak zapowiedziała, i to z taką miną, jakby ktoś leczył jej ząb bez znieczulenia.
Kwiaty dawałem jej w każdy piątek. Białe róże, bo podobno takie kochała. Wiem dokładnie, bo później w aplikacji bankowej znalazłem siedemnaście płatności w „Kwiaciarni Róża” w ciągu pół roku.
A pić zaczęła znowu. Nie od razu. Najpierw „jedna lampka wina w restauracji, przecież to kulturalnie, Janusz, ja nie chleję, to tylko do smaku”. Potem lampka zamieniła się w butelkę w domu. Butelka w dwie. Wracałem z pracy o jedenastej wieczorem: ona na kanapie, w szlafroku, pusta butelka chardonnay na stole, telefon w ręce, spojrzenie szklane. Co mówiłem? Oczywiście:
— Klaudia, przecież obiecałaś.
A ona odpowiadała:
— Ja nie piję. To wino. Wino to nie alkohol, Janusz. To kultura. We Włoszech piją je jak wodę. Ty też byś pił, gdybyś chociaż trochę się znał.
Po jakimś czasie zaczęliśmy spać w osobnych pokojach. Nie mogłem już kłaść się obok niej i budzić od zapachu alkoholu z jej ust.
A potem zdarzył się ten nocny wyjazd.
Telefon zadzwonił o drugiej nad ranem. Ciężarówka naszego kierowcy, Tomka Bąka, stanęła na A4 pod Kątami Wrocławskimi. Pełna chłodnia mrożonego mięsa, kontrakt na włosku. Wstałem, ubrałem się i pojechałem.
Pędziłem przez nocne miasto, skręciłem przez Krzyki na obwodnicę i na światłach zobaczyłem białą hondę. Numery Klaudii znałem na pamięć. Druga w nocy. Auto stało przy bloku, którego nie znałem, na podwórzu, na którym nigdy wcześniej nie byłem.
Pojechałem dalej. Postanowiłem najpierw ratować ładunek. Całą noc męczyliśmy się z Tomkiem: wymienialiśmy pasek alternatora na poboczu, w zimnie, brudzie i ciemności. Nad ranem dociągnęliśmy towar do magazynu.
Wróciłem do domu o siódmej. Klaudia spała. Honda stała na swoim zwykłym miejscu pod blokiem, jakby nic się nie wydarzyło.
— Jeździłaś gdzieś wczoraj? — zapytałem przy śniadaniu. Spokojnie, jakbym pytał o pogodę.
— Nigdzie — odpowiedziała, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. — Cały wieczór byłam w domu. Oglądałam serial i wcześnie się położyłam.
Ani jeden mięsień jej nie drgnął. Ani jedna rzęsa. Tak kłamią ludzie, którzy robią to stale — lekko, zwyczajnie, niemal automatycznie.
Nie kłóciłem się. Zacząłem sprawdzać.
Zajrzałem do aplikacji bankowej, nie do swojej, tylko do wspólnej karty, którą wyrobiłem jej „na dom”. Za ostatnie pół roku: czternaście płatności w restauracjach, w których nigdy razem nie byliśmy. Dziewięć płatności w barach. Trzy zakupy w Sephorze, perfumy po siedemset, osiemset złotych. Razem około dwudziestu paru tysięcy złotych. Z karty „na dom”.
Wszedłem w jej media społecznościowe. Wcześniej tam nie zaglądałem, nie czułem potrzeby. Obserwujący: osiemset kilkanaście osób. Mężczyźni stanowili prawie wszystkich. Przewijałem: Bartek, 28. Damian, 31. Oskar, 27. Rafał, 33. I dalej niekończący się sznur młodych, wysportowanych, uśmiechniętych facetów, którzy sypali jej polubieniami garściami.
A potem, pewnej nocy, kiedy Klaudia znów przesadziła i zasnęła na kanapie, jej telefon zawibrował. Ekran nie był zablokowany. Wiadomość: „Klaud, dasz radę jutro? O pierwszej jak zwykle. Czekam”. Nadawca — „Nikodem”.
Nie otworzyłem rozmowy. Spojrzałem tylko na listę czatów.
Nikodem. Krzysiek. Damian mru-mru. Bartek. Kamil resto. Marek były.
Marek. Ten sam Marek z salonu. Ten, który podobno był „były”. Ten, z którym „rozstała się dzień” przed poznaniem mnie. Ostatnia wiadomość do niego — z poprzedniego dnia.
Zamknąłem telefon i odłożyłem go dokładnie tak, jak leżał, ekranem do dołu.
Potem usiadłem w kuchni i zrobiłem sobie herbatę. Ręce mi nie drżały. Nic mi nie drżało. W środku była pustka — ciężka, betonowa, jak ogromny pusty hangar.
Rano zadzwoniłem do Staszka.
— No — powiedział. I nic więcej. Po prostu „no”. Jak człowiek, który przez sześć lat czekał na ten telefon i wcale nie chciał się go doczekać.
— Miałeś rację — powiedziałem.
— Janek, od tej racji nie robi mi się lżej. Przejdźmy do rzeczy. Numer do adwokata ci dałem. Zachowałeś prezent ślubny?
— Zachowałem.
— Dzwoń dziś. Teraz. Nie jutro, nie za tydzień. Im dłużej zwlekasz, tym drożej cię to będzie kosztować.
Ale nie zadzwoniłem.
Bo Klaudia, kiedy zobaczyła, że coś się we mnie zmieniło, że inaczej na nią patrzę i inaczej milczę, nagle znowu stała się czułą kobietą. Uważna. Ugotowała kolację. Włożyła tę sukienkę. Podeszła, objęła mnie.
— Januszku, czemu jesteś taki ponury? Wiesz, tak sobie pomyślałam. Nasze małżeństwo wyraźnie weszło w kryzys. Patrzę na ciebie i serce mnie boli. Tobie nie wolno się denerwować, wiek, ciśnienie. Tylko się nie złość, wysłuchaj spokojnie. Może pójdziemy do psychologa? U Anki w pracy jest świetna terapeutka małżeńska. Wszyscy mówią, że ratuje związki.