„To tylko żart, Irenko. Przecież wiesz…” — powiedział, lecz wtedy jego żona po raz pierwszy naprawdę wynajęła mieszkanie i postanowiła odejść

Obrzucił wzrokiem gości, jakby oczekiwał śmiechu. Nikt się nie roześmiał.

Ewa patrzyła na jego dłoń. Pod obrączką na serdecznym palcu widniał jasny ślad. To ona wybrała tę obrączkę, kiedy byli młodzi i w każdą sobotę jeździli starym motocyklem do jej matki na wieś.

Marek zatrzymywał się wtedy przy polu, zrywał chabry i podawał jej bukiet.

— Żeby moja agronomka nie zapomniała, jaka jest piękna.

Dokąd odszedł tamten mężczyzna?

Może wcale nie odszedł. Może z czasem uznał tylko, że jej miłości nie trzeba już chronić. Jak starej filiżanki — pękniętej, lecz wciąż stojącej na półce, bo przecież jeszcze da się z niej napić.

— Dobrze — powiedziała Ewa.

Marek nie dosłyszał.

— Co?

— Powiedziałam: dobrze. Zamieszkamy osobno.

Wypowiedziała te słowa spokojnie, choć serce waliło jej tak mocno, że pulsowanie czuła aż w skroniach.

Marek powoli odstawił kieliszek.

— O czym ty mówisz?

Ewa wstała, podeszła do torby i wyjęła umowę najmu. Położyła ją przed nim.

— Znalazłam mieszkanie. Zaliczka już wpłacona. Jutro odbiorę klucze.

Marek najpierw spojrzał na dokument, potem na żonę.

— Ty mówisz poważnie?

— Tak.

— Od kiedy to planowałaś?

— Od chwili, kiedy zrozumiałam, że pewnego dnia naprawdę zmusisz mnie, żebym uwierzyła, iż beze mnie nic nie znaczę.

Zofia zasłoniła usta dłonią.

— Mamo…

— Wszystko w porządku, córeczko.

— Przecież ja cię nie wyrzucałem — powiedział Marek ciszej. — Nie przekręcaj moich słów. Ja tylko mówiłem…

— Mówisz to od lat.

— Ja naprawdę nie miałem tego na myśli. To był żart. Przecież wiesz…

— Nie, Marku. Nie wiem. Kiedy człowiek słyszy to samo zdanie dziesiątki razy, przestaje uważać je za żart.

— I co teraz? Odejdzesz z powodu firanek?

Ewa pokręciła głową.

— Nie z powodu firanek. Z powodu tego, że bałam się zawiesić je we własnej kuchni.

Marek rozejrzał się po gościach, lecz jeden patrzył w okno, a drugi w swój talerz.

— Na jak długo chcesz wyjechać? — zapytał.

Ewa odpowiedziała zgodnie z prawdą:

— Nie wiem.

— Na tydzień?

— Nie wiem.

— Na miesiąc?

— Może. A może dłużej.

— Czyli to koniec?

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Nie. Ale nie potrafię już udawać, że nic się nie dzieje. Muszę sobie przypomnieć, jaka byłam, zanim zaczęłam bez przerwy prosić cię o wybaczenie.

Tej nocy prawie nikt nie spał.

Zofia siedziała z matką w kuchni. Za oknem zaczął padać pierwszy mokry śnieg — ciężkie płatki natychmiast topiły się na parapecie.

— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś? — zapytała córka.

— Nie chciałam cię w to wciągać.

— Przyjechałabym.

— Właśnie dlatego ci nie powiedziałam.

Zofia ujęła matkę za rękę.

— Wrócisz?

Ewa długo patrzyła na niebieskie chabry na firankach.

— Nie wiem, córeczko. I pierwszy raz w życiu nie wstydzę się powiedzieć, że czegoś nie wiem.

Rano Marek pomógł wynieść torby do taksówki. Bez słowa wstawił pudełko do bagażnika, zamknął klapę i został przy wejściu do budynku.

— Ewa…

Odwróciła się.

— Zadzwoń, kiedy dojedziesz.

— Dobrze.

Chciał dodać coś jeszcze, ale zabrakło mu słów.

Nowe mieszkanie przywitało Ewę chłodem i ciszą. Kaloryfery ledwie grzały, lodówka była pusta, a wieczorem prąd wyłączono na prawie cztery godziny.

Siedziała w kuchni przy latarce, owinięta kocem, i po raz pierwszy naprawdę się przestraszyła.

Mogła zadzwonić do Marka. Przyjechałby. Zabrałby ją z rzeczami do domu. Tam było ciepło, znajomo i bezpiecznie.

Ewa nawet wybrała jego numer.

Nie nacisnęła jednak przycisku połączenia.

Zamiast tego postawiła czajnik na turystycznej kuchence, odnalazła w kartonie kubek i zrobiła sobie herbatę.

Kubek był stary i miał drobne pęknięcie przy uchu. Tego wieczoru należał jednak wyłącznie do niej.

Przez pierwsze dni Marek dzwonił bez przerwy.

— Grzeją ci kaloryfery?

— Trochę.

— Mogę przywieźć grzejnik.

— Nie trzeba.

— A kran naprawiłaś?

— Właściciel naprawił.

— Kiedy wrócisz do domu?

Za każdym razem odpowiadała:

— Nie wiem.

Po tygodniu przestał pytać.

Kilka dni później wysłał jej krótką wiadomość: „Dzisiaj pierwszy raz sam prałem koszule. Jedną zniszczyłem”.

Ewa przeczytała ją i uśmiechnęła się, ale nie odpisała.

Potem nadeszła kolejna wiadomość:

„Firanki wiszą. Nie ruszałem ich”.

Dwa tygodnie później Marek przyjechał do stacji doświadczalnej. Stał przy bramie z termosem w dłoniach. Pierwszy prawdziwy śnieg skrzypiał pod butami, a autobusy na oblodzonej drodze poruszały się powoli.

Ewa zobaczyła go przez okno. Włożyła kurtkę i wyszła.

— Nie będę długo — powiedział. — Przywiozłem ci herbatę. Tę z bergamotką.

— Dziękuję.

Podał jej termos, ale nie odszedł.

— Dużo myślałem.

Ewa milczała.

— Najpierw byłem wściekły. Wydawało mi się, że upokorzyłaś mnie przed wszystkimi. Potem Zofia powiedziała, że od lat poniżam cię przy ludziach, tylko nazywam to żartami.

— Nie powinna się z tobą kłócić.

— Ona się nie kłóciła. Po prostu mówiła. A ja pierwszy raz naprawdę słuchałem.

Marek spuścił wzrok.

— Nie wiem, jak to wszystko naprawić.

— Ja też nie.

— Wrócisz?