„To tylko żart, Irenko. Przecież wiesz…” — powiedział, lecz wtedy jego żona po raz pierwszy naprawdę wynajęła mieszkanie i postanowiła odejść

— Słyszysz mnie? — zapytał Marek.

— Słyszę.

— I co masz do powiedzenia?

Ewa powoli zeszła ze stołka.

— Napijesz się herbaty?

— Nie masz nic innego do powiedzenia?

— Mam. Firanki zostają.

Marek patrzył na nią przez kilka sekund, jakby widział ją po raz pierwszy. Potem prychnął i poszedł do pokoju. Ręce Ewy drżały tak mocno, że nie od razu udało jej się nalać wody do czajnika.

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Za oknem szumiał deszcz, a na podwórzu co jakiś czas trzaskała niedomknięta klapa kontenera na śmieci. Marek spał odwrócony twarzą do ściany.

Ewa leżała obok i myślała o tych nieszczęsnych firankach.

Przez trzydzieści lat założyła setki poletek doświadczalnych. Ratowała uprawy po wiosennych przymrozkach, kłóciła się z przełożonymi o kiepskiej jakości nasiona, a w czasie ulewy sprawdzała pola. Tam nie bała się ani popełnić błędu, ani obstawać przy swoim.

Dlaczego więc w domu brakowało jej odwagi, żeby samodzielnie wybrać materiał do własnej kuchni?

Ostrożnie sięgnęła po telefon i otworzyła ogłoszenia wynajmu mieszkań.

Przeglądała je długo. Jedne były zbyt drogie, inne znajdowały się za daleko od pracy. W jednym zamiast łóżka stała zapadnięta kanapa, w drugim ściany przykrywały dywany, a kuchnia była tak mała, że lodówkę ustawiono w przedpokoju.

Nad ranem Ewa znalazła jednopokojowe mieszkanie zaledwie dwa przystanki od stacji doświadczalnej. Skromne, z wysłużonymi meblami i balkonem, ale jasne. Z okna widać było niewielkie podwórko oraz wąski pas ziemi przy ogrodzeniu.

Zapisała numer telefonu.

Rano omal go nie usunęła.

Potem pomyślała, że może jednak zostać.

Przez kilka następnych dni Marek zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Żartował, przyniósł ze sklepu cukierki, a w sobotę sam usmażył ziemniaki.

Ewa niemal przekonała samą siebie, że przesadza. Może rzeczywiście mówił to bez zastanowienia? Może były to tylko niefortunne żarty, które ciągnęły się przez całe lata?

W niedzielę przypadkiem wylała herbatę na stół. Marek gwałtownie odsunął się na krześle.

— Jak można być taką niezdarną? Tobie wiecznie wszystko wypada z rąk!

— Już wycieram.

— Oczywiście, wytrzesz. A potem znowu coś upuścisz. Gdybyś zamieszkała sama, szybko nauczyłabyś się uważać.

Ewa bez słowa sięgnęła po ścierkę.

Tego samego wieczoru zadzwoniła do właścicielki mieszkania. Obejrzenie lokalu umówiły na wtorek.

Mieszkanie okazało się jeszcze mniejsze niż na zdjęciach. W przedpokoju pachniało starymi książkami, drzwiczki jednej z kuchennych szafek nie domykały się, a na balkonie stał pusty trzylitrowy słoik.

— Poprzednia lokatorka trzymała w nim kwiaty — wyjaśniła właścicielka. — Może go pani wyrzucić.

— Nie trzeba — odpowiedziała Ewa. — Zostawię go.

Podeszła do okna. Na dole rosła stara grusza, prawie zupełnie pozbawiona liści. Za płotem widać było dachy niewielkich domów, a dalej ciągnął się pas pola.

— Zastanowię się do jutra — powiedziała Ewa.

Zalicz­kę przelała jednak już w autobusie wracającym do domu.

W następną sobotę Marek zaprosił dwóch kolegów z żonami. Powodem do świętowania był nowy autobus, który przydzielono mu na trasę. Zofia przyjechała ze stolicy na weekend.

Ewa od rana krzątała się w kuchni. Upiekła kurczaka z ziemniakami, przygotowała sałatki, wyjęła marynowane ogórki i pomidory, które latem sama zamknęła w słoikach. Na deser zrobiła szarlotkę.

Przy drzwiach postawiła starą brązową torbę. W środku miała dokumenty, ładowarkę, ciepły sweter, dwa komplety ubrań i wydrukowaną umowę najmu.

Marek zauważył bagaż.

— Dokąd się wybierasz?

— Na razie nigdzie.

— Wygląda, jakbyś jechała na dworzec.

— Może rano się przydać.

Chciał o coś zapytać, lecz w tej samej chwili rozległ się dzwonek do drzwi.

Przy stole Marek był w doskonałym humorze. Opowiadał zabawne historie z trasy, wspominał pasażerów próbujących płacić starymi żetonami i przechwalał się nowym autobusem.

Wszyscy się śmiali.

Ewa przynosiła kolejne dania, zabierała puste talerze i dolewała kompotu. Siadała najwyżej na kilka minut, po czym znowu wstawała.

Zofia kilka razy próbowała złapać z nią kontakt wzrokowy.

— Mamo, usiądź wreszcie. Ja przyniosę.

— Siedź, kochanie. Jesteś po podróży.

Po dwóch godzinach Marek zaczął mówić coraz głośniej.

— Ewa, ziemniaki już wystygły. Podgrzej je, proszę.

— Są ciepłe.

— Nie mówię, że lodowate. Po prostu je podgrzej.

Ewa zabrała talerz. Kiedy wróciła, Marek z zadowoleniem skinął głową w stronę gości.

— Widzicie? Beze mnie by zginęła. Wszystkiego trzeba jej przypominać. Tyle lat jesteśmy razem, a ona wciąż nie wie, że nie jem zimnego.

Przy stole zapadła krótka, niezręczna cisza.

— Tato, przestań — odezwała się Zofia.

— Co takiego powiedziałem? Przecież wszyscy jesteśmy swoi.

— Mama od rana stoi przy kuchni. Możesz chociaż dzisiaj dać jej spokój?

Marek się uśmiechnął, lecz jego spojrzenie stało się chłodne.

— O, obrończyni się znalazła. To zabierz matkę do siebie, skoro tak źle jej ze mną.

— Marku, nie zaczynaj — powiedziała cicho Ewa.

— Ja niczego nie zaczynam. Od dawna powtarzam: jeśli komuś coś nie odpowiada, może zamieszkać osobno. Świat się przez to nie zawali.