Wyszło około dziewięćdziesięciu tysięcy złotych.
Dziewięćdziesiąt tysięcy za produkty, które zjadali krewni jej męża.
Agnieszka długo patrzyła na wynik.
Nie poczuła furii.
Nie zrobiło jej się nawet żal samej siebie.
Poczuła tylko lodowatą jasność.
Za te pieniądze mogła odnowić mieszkanie. Mogła odkładać na podróże. Mogła przeznaczyć je na własne potrzeby.
Próbowała przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz kupiła sobie coś po prostu dlatego, że miała na to ochotę.
Nie potrafiła.
Wolne pieniądze tydzień po tygodniu znikały w sobotnich ucztach, które cała rodzina uważała za coś oczywistego.
Agnieszka odłożyła kalkulator.
Przeszła kilka razy po kuchni, po czym ponownie usiadła przy stole.
Skoro Halina tak bardzo kochała dokładne rachunki, należało policzyć również drugą stronę.
Agnieszka sięgnęła po telefon i zaczęła sprawdzać ceny usług.
Kucharz z dojazdem.
Przygotowanie przyjęcia dla dziewięciu osób.
Obsługa stołu.
Sprzątanie po uroczystości.
Zakupy i dostawa produktów.
Każda czynność miała swoją cenę.
Sam kucharz pracujący przez osiem godzin kosztował około sześciuset czterdziestu złotych. Bez składników. Bez sprzątania. Bez biegania po sklepach. I zdecydowanie bez obowiązku wysłuchiwania przez cały dzień uwag klienta.
Agnieszka otworzyła zeszyt na czystej stronie.
Tym razem nie zapisywała kosztów.
Tworzyła cennik.
Zakup produktów i dowóz — sto dwadzieścia złotych.
Osiem godzin pracy kucharza — sześćset czterdzieści.
Nakrycie i przygotowanie stołu dla dziewięciu gości — sto pięćdziesiąt.
Posprzątanie kuchni i pokoju po zakończeniu spotkania — sto osiemdziesiąt.
Potem przypomniała sobie wszystkie komentarze.
„Za słone”.
„Już zimne”.
„Sos podaj osobno”.
Uśmiechnęła się bez humoru i dopisała:
Indywidualne poprawki w potrawach zgodnie z życzeniami klienta — dziewięćdziesiąt złotych.
Podliczyła wszystko.
Tysiąc sto osiemdziesiąt złotych za jeden sobotni obiad.
Zwyczajna cena rynkowa. Bez przesady.
Co tydzień wykonywała więc za darmo pracę wartą prawie tysiąc dwieście złotych, a potem jeszcze dopłacała około sześciuset złotych za produkty.
W zamian dowiadywała się, że przed poznaniem Haliny nie potrafiła podobno ugotować jajka.
Agnieszka zamknęła zeszyt.
Położyła się, ale zasnęła dopiero długo po północy.
W poniedziałek, podczas pracy w barze, opowiedziała o wszystkim swojej koleżance Ewie.
Ewa od ponad dwudziestu lat pracowała w gastronomii i słuchając tej historii, początkowo myślała, że coś źle zrozumiała.
— Ty naprawdę co tydzień karmisz za darmo dziewięć osób?
— Tak.
— I jeszcze płacisz za składniki?
Agnieszka skinęła głową.
Ewa odłożyła chochlę.
— To policz swoją robotę. Normalnie, jak dla klienta. Potem połóż im rachunek przed nosem. Zobaczymy, jak szybko przypomną sobie, że przecież „jesteście rodziną”.
Wytarła dłonie w ręcznik i wróciła do wydawania obiadów.
Agnieszka nic nie powiedziała.
Tyle że suma obliczona w nocy nagle przestała wydawać się przesadzona.
Ewa bez znajomości szczegółów pomyślała dokładnie o tym samym.
Przez cały dzień Agnieszka wracała myślami do jednego zdania.
Policz i pokaż.
Wieczorem miała już plan.
W domu niczego nie powiedziała Piotrowi.
Milczała w poniedziałek.
We wtorek również.
W środę też.
Mąż w końcu zauważył, że zachowuje się inaczej.
— Coś się stało?
— Myślę o sobocie.
Piotr wzruszył ramionami.
Dla niego sobota oznaczała odpoczynek. Matka. Krewni. Pełny stół. Kieliszek zimnej wódki do galarety.
Nie widział porannego targu.
Nie widział rozgrzanej kuchni.
Nie widział stosu naczyń, które jego żona kończyła myć późnym wieczorem.
W czwartek Agnieszka sama zaczęła rozmowę.
— Twoja matka robi zakupy, a ja zwracam jej pieniądze. Co tydzień około sześciuset złotych. Potem ja gotuję dla całej twojej rodziny.
— Ale mama się przecież stara — odpowiedział Piotr niemal automatycznie. — Lubi, kiedy wszyscy się spotykają.
Agnieszka tylko skinęła głową.
Przestała wierzyć, że cokolwiek da się tutaj wyjaśnić słowami.
Może liczby zadziałają lepiej.
Już w środę zadzwoniła Halina.
Jej głos był pogodny i pewny, jak zawsze wtedy, gdy planowała kolejny rodzinny obiad.
— W sobotę zrób koniecznie galaretę rybną i upiecz kaczkę. I nie oszczędzaj na cieście, bo przyjdą ważni goście.
Agnieszka słuchała w milczeniu, ściskając w dłoni czerwoną teczkę.
Głos teściowej dochodził jakby z daleka.
Decyzja została już podjęta.
I właśnie dlatego Agnieszka po raz pierwszy od bardzo dawna czuła spokój.
— Dobrze — odpowiedziała. — Tym razem wszystko zostanie dokładnie policzone.
Halina najwyraźniej nie zwróciła uwagi na te słowa.
W piątek Agnieszka wstąpiła do sklepu papierniczego. Kupiła kilka arkuszy grubszego papieru oraz intensywnie czerwoną teczkę.
Wieczorem rozłożyła wszystko na kuchennym stole równie starannie, jak kiedyś układała dokumenty przed kontrolą w stołówce.
Przypomniała sobie każdą sobotę.
Ciężkie torby wnoszone po schodach.
Osiem godzin przy rozgrzanej kuchence.
Brudne naczynia po północy.
Śpiącego Piotra.
Pieniądze wyjmowane z portfela.
Teraz każda z tych czynności miała cenę.
Nie chodziło o zemstę.