Nie chciała nikogo upokorzyć.
Chodziło wyłącznie o arytmetykę.
Liczby nie obrażają się i nie kłamią.
Po prostu pokazują wynik.
Agnieszka przepisała wyliczenia na czysty arkusz.
Na samej górze napisała dużymi, równymi literami:
„RACHUNEK ZA WYKONANE USŁUGI”.
Niżej wpisała datę i wszystkie pozycje.
Na końcu umieściła cenę pojedynczego obiadu, a pod nią koszt trzech lat.
Sto pięćdziesiąt sobotnich spotkań.
Sto siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych.
Tyle, zgodnie z przyjętym cennikiem, była warta praca, z której rodzina korzystała przez trzy lata całkowicie bezpłatnie.
Kartkę schowała do czerwonej teczki.
Teczka trafiła do torebki obok portfela.
Nadeszła sobota.
Rano Halina przywiozła zakupy i zostawiła paragony na parapecie.
Nie zdążyła nawet dobrze zdjąć płaszcza, gdy zaczęła wydawać polecenia.
— Jedzenia ma być dużo. Mięsa nie kupuj byle jakiego. I żadnego oszczędzania, bo później ludzie powiedzą, że żałujemy im porządnego obiadu.
Agnieszka tego dnia wstała jeszcze wcześniej.
Na targu wybierała produkty szczególnie starannie. Brała dobre mięso, świeże warzywa, najlepszy twaróg, porządną rybę.
Tym razem prawie nie patrzyła na ceny.
Chciała przygotować najlepszy stół ze wszystkich, jakie kiedykolwiek pojawiły się w tym mieszkaniu.
Niech się najedzą.
Niech chwalą.
Niech obiad będzie obfity i bez zarzutu.
Potem wyciągnie czerwoną teczkę.
Pracowała bez przerwy.
Przygotowała galaretę mięsną, sałatki, zapiekankę, pieczonego kurczaka, sernik, galaretę rybną oraz kaczkę.
Ręce poruszały się automatycznie.
Tyle że w środku nie było już gniewu ani lęku.
Był wyłącznie spokój.
Przed południem zaczęli zjeżdżać krewni.
Ci sami ludzie zajęli te same miejsca.
Katarzyna niemal nie odkładała telefonu.
Dzieci od razu chwyciły za widelce.
Dalsze małżeństwo pojawiło się ponownie, jakby od dawna należało do stałego grona.
Stół uginał się od półmisków.
Goście jedli.
Halina promieniała na honorowym miejscu, dokładała porcje i powtarzała:
— U nas człowieka nie podejmuje się byle czym. Jak już ktoś przychodzi, ma wyjść najedzony.
Wreszcie podano kawę i ciasto.
Halina zrobiła to, co robiła zawsze.
Założyła okulary.
Otworzyła torebkę.
Wyciągnęła kartkę z kosztami zakupów.
Już rozprostowała papier i nabrała powietrza, żeby ogłosić Agnieszce należną kwotę.
— Chwileczkę, pani Halino — odezwała się Agnieszka. — Ja również przygotowałam rachunek.
Wstała.
Rozmowy urwały się niemal natychmiast.
Halina uniosła brwi.
Piotr zastygł z filiżanką przy ustach.
Agnieszka wyjęła z torebki czerwoną teczkę. Otworzyła ją, wysunęła gruby arkusz i położyła na stole obok talerzy.
— Skoro od dawna wszystko dokładnie rozliczamy, proponuję, żeby dzisiaj policzyć naprawdę wszystko.
Podniosła kartkę.
Czytała spokojnie, niemal urzędowym tonem, takim samym, jakim kiedyś odczytywała zestawienia kosztów w pracy.
— Zakup produktów i ich dostarczenie: sto dwadzieścia złotych. Osiem godzin pracy kucharza: sześćset czterdzieści złotych. Przygotowanie i nakrycie stołu dla dziewięciu osób: sto pięćdziesiąt złotych. Sprzątanie kuchni i salonu po zakończeniu spotkania: sto osiemdziesiąt złotych.
Goście zaczęli spoglądać na siebie.
Katarzyna bardzo powoli odłożyła widelec.
W pokoju zrobiło się tak cicho, że nagle dało się usłyszeć każde słowo dochodzące z telewizora.
Dalsza krewna odstawiła łyżeczkę.
Jej mąż spuścił wzrok na telefon i udawał, że właśnie otrzymał niezwykle ważną wiadomość.
Nawet dzieci przestały hałasować.
— Jest jeszcze jedna pozycja — ciągnęła Agnieszka. — Dodatkowe poprawki potraw zgodnie z indywidualnymi wymaganiami klienta. Dotyczy uwag w rodzaju: „za słone”, „już wystygło”, „sos podaj osobno”. Dziewięćdziesiąt złotych.
Na jej ustach pojawił się niemal niewidoczny uśmiech.
Dalsza krewna ostrożnie odsunęła niedojedzoną galaretę.
Katarzyna odłożyła kawałek sernika, który właśnie zamierzała wziąć.
Jej mąż przestał przeżuwać.
Jeszcze kilka minut wcześniej nad stołem nieprzerwanie stukały sztućce i dzwoniło szkło.
Teraz zapadła ciężka cisza.
Jakby wszyscy nagle poczuli zupełnie inny smak jedzenia, które przez lata otrzymywali bez żadnych kosztów i bez najmniejszego wysiłku.
— Łączny koszt jednego takiego obiadu to tysiąc sto osiemdziesiąt złotych — powiedziała Agnieszka. — Sprawdziłam aktualne stawki. To zwyczajna cena rynkowa.
Zrobiła krótką przerwę.
Twarz Haliny zaczęła czerwienieć.
— Co to ma być? — wybuchła wreszcie. — Co to za przedstawienie?
— Żadne przedstawienie. Zwykły rachunek. Sama pani zawsze powtarza, że pieniądze lubią dokładność.
Agnieszka odwróciła arkusz.
— Teraz trzy lata. Sto pięćdziesiąt sobotnich obiadów. Razem sto siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych. Tyle kosztuje praca, z której przez cały ten czas korzystaliście za darmo.
Ktoś nerwowo chrząknął.
Mąż Katarzyny wbił wzrok we wzór obrusa.
Katarzyna próbowała się roześmiać.
Nie zabrzmiało to przekonująco.
— Agnieszka, naprawdę niepotrzebnie robisz taką scenę. Przecież jesteśmy rodziną. Bliscy ludzie nie wystawiają sobie rachunków.