Po pracy niemal codziennie znajdował na bieliźnie żony dziwne zabrudzenia. Pewien, że go zdradza, ukrył kamerę w jej biurze — lecz gdy zobaczył, co naprawdę robi podczas przerwy, odebrało mu mowę…

— Dodatkowe pieniądze nam się przydadzą — powiedziała Anna, unikając jego wzroku. — Od dawna przecież chcemy wymienić sprzęty w kuchni.

Mówiła tak zwyczajnie i spokojnie, że przez chwilę Piotr poczuł wstyd. Pomyślał, że być może wszystko sobie wmówił. Ale zaraz przypomniał sobie przepełniony kosz. Dwie pary bielizny dziennie. Każdego dnia.

W sobotę zjawił się w fabryce punktualnie o ósmej. Pracę na hali skończył około szesnastej, ale nie wyszedł razem z innymi. Zaczekał, aż większość ludzi opuści teren zakładu. Ochroniarz na portierni, pan Zbyszek, znał go od lat i nawet się nie zdziwił, kiedy Piotr powiedział, że zostawił w warsztacie pęk kluczy.

Tyle że do warsztatu wcale nie poszedł. Skierował się prosto do części administracyjnej. W kieszeni roboczej kurtki miał niewielkie urządzenie zamówione wcześniej przez internet. Była to ukryta kamera, wyglądająca prawie dokładnie jak zwykła ładowarka do telefonu.

Korytarz działu sprzedaży był pusty. Panowała tam kompletna cisza i lekki zapach plastiku. Drzwi do gabinetu Piotr otworzył zapasowym kluczem. Ironia polegała na tym, że podobne zamki montowano w meblach produkowanych przez ich własny zakład, więc znał ich konstrukcję i wszystkie drobne mechanizmy.

Przy biurku Anny panował idealny porządek. Obok monitora stała fotografia sprzed pięciu lat, zrobiona podczas ich wyjazdu do Sopotu. Oboje uśmiechali się na niej szeroko i wyglądali jak ludzie, którzy naprawdę nie potrzebują niczego więcej.

Piotr poczuł bolesny ucisk w gardle.

— Wybacz mi, Aniu — szepnął. — Muszę poznać prawdę.

Kamerę umieścił przy gniazdku w rogu, obok szafy z dokumentami. Z tego miejsca było widać biurka, drzwi oraz niewielką sofę w części dla klientów. Sprawdził podgląd w telefonie. Obraz był wyraźny, żadna dioda nie migała, a urządzenie wyglądało jak ładowarka, którą ktoś po prostu zostawił w kontakcie.

Kiedy wychodził z fabryki, zapadał już zmierzch. Czuł się podle. Mimo to dręcząca go niepewność na chwilę przycichła, jakby sama czekała już tylko na poniedziałek.

Poniedziałkowy poranek ciągnął się bez końca. Na hali stępił się frez, brygadzista chodził rozdrażniony, a Piotr co kilka minut zerkał na telefon. Czekał, aż pracownicy działu sprzedaży pojawią się w biurze.

Dokładnie o dziewiątej kamera przesłała pierwszy obraz. Po chwili weszła Anna. Zdjęła płaszcz, stanęła przed lustrem i poprawiła spódnicę. Serce Piotra uderzyło mocniej. Patrzył na kobietę, którą znał od dekady — tak zwyczajną, tak bliską i tak bardzo mu drogą.

Mniej więcej dziesięć minut później pojawił się Michał. Przechodząc obok biurka Anny, pochylił się i powiedział jej coś cicho do ucha. Uśmiechnęła się. Piotr zacisnął dłoń na telefonie tak mocno, że zbielały mu knykcie.

Przed jedenastą do gabinetu wszedł Andrzej Wysocki. Przez pewien czas wszyscy rozmawiali o sprawach zawodowych, później każdy zajął się swoimi obowiązkami. Wszystko było aż do bólu zwyczajne. Piotr zaczął nawet dopuszczać myśl, że się mylił, a zabrudzona bielizna ma zupełnie inne wyjaśnienie.

Jednak punktualnie o trzynastej, gdy rozpoczęła się przerwa obiadowa, atmosfera nagle się zmieniła.

Najpierw wyszedł stażysta. Chwilę później gabinet opuścił Andrzej. W środku zostali tylko Anna i Michał.

Anna wstała od biurka, podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku.

Piotr poczuł, jak wszystko, co znał, zaczyna rozpadać się na kawałki. Huk maszyn na hali zamienił się w odległy, pozbawiony znaczenia szum. Odszedł w głąb magazynu, schował się za stosami surowych sosnowych desek i wpatrywał się w ekran telefonu.

— Wszystko przygotowałaś? — usłyszał głos Michała.

— Tak — odpowiedziała Anna napiętym tonem. — Ale strasznie się boję. Jeśli Piotr się dowie…

— Nie dowie się. Teraz ma głowę zajętą swoimi deskami. Nie traćmy czasu, mamy tylko godzinę.

Michał podszedł do szafy stojącej niemal tuż obok ukrytej kamery. Otworzył drzwi i wyjął coś ze środka.

Piotr przestał oddychać.

Nie był to żaden garnitur, zapasowe ubranie ani nic, co pasowałoby do scenariusza, który od tygodni budował w swojej głowie. Michał trzymał w rękach twardą walizkę przypominającą specjalne pojemniki służące do przewożenia sprzętu medycznego.

Piotr przybliżył telefon do twarzy i zmrużył oczy. Michał odpiął zamki i podniósł pokrywę. W wyprofilowanych przegródkach leżały szklane ampułki, kilka strzykawek z długimi, cienkimi igłami oraz niewielkie urządzenia z przewodami przypominające elektrody.

— Usiądź — powiedział Michał spokojnie.

W jego głosie nie było już ani śladu kpiny. Brzmiał rzeczowo, poważnie i niemal profesjonalnie.

— Zaczynamy. Dzisiaj prawa strona.

Anna usiadła na sofie. Zdjęła żakiet i została w lekkiej bluzce. Piotrowi natychmiast zaszkliły się oczy. Na jej rękach, nieco powyżej łokci, widniały blade siniaki. Przez cały ten czas chowała je pod ubraniami z długimi rękawami, a on, zaślepiony zazdrością, brał je za ślady przypadkowych uderzeń.

— Słyszałem, że znowu sama przesuwałaś ciężkie krzesła — powiedział Michał, sięgając po ampułkę. — Dlaczego mnie nie zawołałaś?