— On tam umierał! — odkrzyknęłam, czując, jak przerażone zwierzę wbija pazurki w moją kurtkę. — Miałam po prostu przejść obok?
— Tak, miałaś! — ryknął mąż. — Natychmiast go odnieś! Do schroniska, do fundacji, gdziekolwiek. Za pięć minut ma go tu nie być!
— Tak? — Ogarnęła mnie taka furia, że przestałam nad sobą panować. — W takim razie ja też odejdę. Razem z nim!
— To wynoś się, gdzie chcesz! — Marek chwycił klucze i wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że lustro w przedpokoju zadźwięczało.
Kociaka nazwałam Felkiem.
Nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego akurat tak. Spojrzałam na jego umytą, chudziutką mordkę i od razu wiedziałam, że to Felek.
Weterynarz po badaniu powiedział:
— Szanse są mniej więcej pół na pół. Silne wycieńczenie, infekcja i odwodnienie. Może z tego wyjść, ale może też nie przeżyć.
Zaczęłam go ratować z rozpaczliwym uporem.
Musiałam się kimś opiekować. Czułam, że inaczej oszaleję od pustki, samotności i tej niekończącej się ciszy.
Marek wrócił późno w nocy.
Pijany.
Rano nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Ostentacyjnie przekroczył spodeczek z mlekiem, który postawiłam w rogu kuchni.
— Zabierz to stąd — syknął. — Śmierdzi w całym mieszkaniu.
— Nic tu nie śmierdzi — odpowiedziałam lodowato. — Felek jest czysty. Umyłam go i dostał preparat przeciw pasożytom.
— Felek… — powtórzył z kpiną. — Może jeszcze nazwisko mu wymyślisz? Na stare lata kompletnie ci odbiło.
Od tamtego dnia nasze życie zmieniło się w piekło.
Mieszkaliśmy pod jednym dachem jak przeciwnicy po dwóch stronach frontu.
Marek przestał zostawiać pieniądze na jedzenie i domowe wydatki.
— Sama utrzymuj swojego darmozjada — oznajmił, kiedy poprosiłam, żeby zrobił zakupy. — Skoro zdecydowałaś się na zwierzę, to znaczy, że masz z czego je karmić.
— Jesteś małostkowym sknerą! — krzyczałam. — To nie jest wyłącznie moje mieszkanie! Ty też tu mieszkasz i jesz!
— A w moim domu nikt nie będzie hodował pcheł! — odpowiadał.
Felek powoli dochodził do siebie. Jadł coraz lepiej, przybierał na wadze, sierść zrobiła się miękka, a oczy przejrzyste.
Marka jednak bał się panicznie.
Wystarczyło, że mąż wchodził do pokoju, a kociak natychmiast znikał pod kanapą.
Pewnego dnia Marek wrócił z pracy wyjątkowo rozdrażniony. W firmie pojawiły się problemy, obcięto mu premię, a przełożony urządził awanturę.
Usiadł do kolacji.
Felek, niczego nie podejrzewając, postanowił pobawić się skarpetką, którą Marek rzucił obok kanapy.
— Wynoś się stąd! — ryknął mąż i zamachnął się kapciem.
Przerażony kot uskoczył, zahaczając o wazon stojący na komodzie.
Wazon spadł na podłogę i roztrzaskał się na dziesiątki kawałków.
To był mój ulubiony prezent od mamy.
— Zobacz, co zrobiło twoje bydlę! — Twarz Marka zrobiła się purpurowa. — Dość! Skończyła mi się cierpliwość! Albo natychmiast wyrzucisz tego kota, albo nie ręczę za siebie!
Zrobiłam krok do przodu i zasłoniłam sobą trzęsącego się Felka.
— Spróbuj go tylko dotknąć — powiedziałam cicho, ale własny głos przestraszył nawet mnie. — Tknij go jednym palcem, a natychmiast wezwę policję. Jutro składam pozew o rozwód.
Marek patrzył na mnie prawie minutę.
Oddychał ciężko i zaciskał pięści.
W końcu odwrócił się i splunął z pogardą.
— Idiotka — rzucił. — Jesteś kompletną idiotką, Anka.
Potem poszedł do salonu i po raz pierwszy zamknął drzwi od środka na klucz.
Minął miesiąc.
Napięcie w mieszkaniu stało się tak gęste, że wystarczyłoby jedno nieostrożne słowo, by wszystko eksplodowało.
Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Porozumiewaliśmy się za pomocą karteczek przyczepianych do lodówki:
„Kup chleb”.
„Zapłać rachunek za prąd”.
„Odbierz listy”.
Naprawdę zaczęłam przygotowywać się do rozwodu.
Kompletowałam dokumenty, sprawdzałam, jak podzielić majątek, i przeglądałam oferty zamiany naszego mieszkania na dwa mniejsze.
Wtedy Marek zachorował.
Wrócił z pracy blady, niemal zielony, i ledwie trzymał się na nogach. Gorączka dochodziła do czterdziestu stopni.
Lekarze stwierdzili grypę z powikłaniami.
Leżał w salonie, jęczał, rzucał się przez sen i chwilami mówił bez ładu i składu.
Nie byłam potworem. Nie potrafiłam zostawić chorego człowieka samemu sobie.
Nosiłam mu gorącą herbatę z sokiem malinowym, podawałam leki i zmieniałam wilgotne okłady na czole.
Robiłam to jednak w milczeniu, z twarzą pozbawioną wyrazu, jakbym opiekowała się nie własnym mężem, lecz zupełnie obcym pacjentem.
W środku nocy obudziła mnie nietypowa cisza.
Marek przestał kaszleć.
Ogarnęło mnie przerażenie.
Wstałam, boso przeszłam korytarzem i ostrożnie uchyliłam drzwi salonu.
Światło ulicznej latarni padało prosto na kanapę.
Marek spał.
A na jego piersi, zwinięty w ciasny rudy kłębek, leżał Felek.
Już chciałam syknąć i przegonić kota, zanim mąż się obudzi. Bałam się, że kiedy go zobaczy, wpadnie w szał i wyrzuci go na dwór.
W tej samej chwili Marek poruszył się przez sen.
Jego duża, spracowana dłoń bezwiednie opadła na rude futro.
— Ale ciepły… — wymamrotał niewyraźnie.
Felek zaczął mruczeć.
Głośno i basowo, jakby w jego małym ciele uruchomił się stary traktor.