— Nie pomagałam mu, Paweł. Przygotowałam wszystko sama. Od pierwszej obranej cebuli po ostatni listek koperku.
— Ciszej. Już na nas patrzą. Chodź, usiądź lepiej.
Tyle że znalezienie miejsca wcale nie okazało się proste.
Goście zaczęli się rozsiadać. Stół rozłożono na całą długość, a mimo to w salonie zrobiło się ciasno. Zbigniew zajął najlepsze miejsce przy oknie. Jego żona ostrożnie usiadła obok i oparła laskę o parapet. Marek zajął krzesło naprzeciwko. Edward zasiadł u szczytu stołu, plecami do starego kredensu pełnego kryształowych kieliszków.
Pozostawały dwa miejsca. Jedno obok Pawła, drugie wciśnięte w odległy kąt przy drzwiach. Krzesło stało tam tak niefortunnie, że każdy przechodzący do kuchni musiałby zahaczać o siedzącą osobę.
Paweł bez zastanowienia usiadł obok ojca.
Anna podeszła do stołu. Nie miała gdzie usiąść. Przy blacie dałoby się jeszcze wygospodarować kawałek przestrzeni, ale w salonie znajdowało się tylko pięć krzeseł.
— Ależ pech — przeciągnął Edward, rozglądając się po zebranych. — Brakuje nam jednego krzesła. Pawełku, przynieś z kuchni taboret.
Paweł już miał wstać, lecz ojciec położył mu dłoń na ramieniu.
— Właściwie poczekaj… Gdzie my go wstawimy? Markowi i tak będzie ciasno, to postawny mężczyzna. Zbigniew też potrzebuje trochę miejsca.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Wszyscy patrzyli na Annę, która wciąż stała z butelką wody mineralnej w dłoniach.
— Co zatem pan proponuje? — zapytała.
Teść uśmiechnął się z udawanym współczuciem, jak lekarz, który zaraz ma przekazać pacjentowi niepomyślną diagnozę.
— Aniu, ty jesteś gospodynią, młodą i zwinną. Nam, starszym ludziom, trudno będzie siedzieć łokieć przy łokciu. Poza tym ktoś powinien doglądać gości: przynieść kolejne półmiski, zebrać brudne talerze, podać gorące danie.
— I co dalej? — spytała Anna, ściskając butelkę tak mocno, że plastik głośno zatrzeszczał.
— Może na razie zjesz w kuchni? Stoi tam mały stolik, całkiem przytulny. Spokojnie się posilisz, podczas gdy my wzniesiemy pierwsze toasty. Potem podasz herbatę, a przy deserze na pewno cię zawołamy. Przy okazji dopilnujesz, żeby ciepłe potrawy nie wystygły.
W salonie zrobiło się tak cicho, że można było usłyszeć tykanie zegara. Zbigniew nagle zainteresował się własnymi paznokciami. Jego żona wbiła wzrok w talerz. Marek pochylił się nad butelką wina, jakby etykieta niespodziewanie okazała się najważniejszą lekturą jego życia.
Anna spojrzała na męża. Paweł nie odrywał oczu od pustego talerza i z niezwykłą starannością kruszył palcami kromkę chleba.
— Paweł? — odezwała się.
Nie poruszył się.
— Paweł, twój ojciec proponuje, żebym spędziła Sylwestra w kuchni jak wynajęta pomoc. Naprawdę nie zamierzasz nic powiedzieć?
Twarz męża poczerwieniała, a na szyi pojawiły się ciemne plamy. Zerknął przestraszony najpierw na ojca, potem na Annę.
— Tato, może jednak trochę się przesuniemy? — wymamrotał niepewnie. — Chyba da się zrobić miejsce…
— Dokąd mamy się przesuwać? — przerwał mu ostro Edward. — Żona Zbigniewa już teraz nie ma gdzie wyprostować nóg, a przecież ma chore kolana. Nie zachowuj się egoistycznie. Anna wszystko rozumie. To rozsądna dziewczyna, bez niepotrzebnych pretensji. Prawda, Aniu? Nie zepsujesz wszystkim święta z powodu jednego brakującego krzesła?
Anna patrzyła na męża w milczeniu. Czekała, aż Paweł wstanie, uderzy dłonią w stół i powie: „Tato, czy ty słyszysz, co mówisz? To moja żona”. Albo przynajmniej bez słowa odda jej własne miejsce.
Paweł jednak nadal siedział. Wziął widelec i sięgnął w stronę sałatki.
— Anka, naprawdę jest ciasno — powiedział prawie szeptem. — Zjedz najpierw w kuchni, a później coś wymyślimy. Tylko proszę, nie rób sceny.
Właśnie wtedy coś w Annie pękło. Jakby przepalił się ostatni bezpiecznik, który przez lata zatrzymywał gniew, upokorzenie i żal, zmuszając ją do zachowywania pozorów.
— Sceny? — powtórzyła z zaskakującym spokojem. — Nie martw się, kochanie. Nie zamierzam urządzać żadnej sceny.
Postawiła wodę na brzegu stołu.
Wzięła głęboki oddech. Zmęczenie, które jeszcze przed chwilą ciążyło jej w każdym mięśniu, nagle zniknęło.
Podeszła do Marka i uniosła duży owalny półmisek z galaretą, który kilka minut wcześniej sama postawiła przed nim.
— Przepraszam — powiedziała uprzejmie.
— Co pani robi? — zapytał Marek, unosząc brwi.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się i zaniosła półmisek do kuchni. Po chwili wróciła po salaterkę z jajkami przepiórczymi.
— Anna! — głos Edwarda nagle stał się wyższy. — Co ty wyprawiasz? Natychmiast odstaw to na miejsce!
Anna nawet na niego nie spojrzała. Poruszała się spokojnie i metodycznie, jak dobrze zaprogramowany mechanizm. Za sałatką zniknął półmisek drogich serów oraz pieczonego schabu. Wszystkie składniki kupiła za własną premię kwartalną.
— Paweł, zatrzymaj ją! Ona oszalała! — zapiszczał niemal Edward.
Mąż zerwał się tak gwałtownie, że widelec spadł na podłogę.
— Anna, przestań! Kpisz sobie? Mamy gości!
Anna wróciła po najważniejsze danie. Pośrodku stołu stała ogromna, pachnąca kaczka o złocistej, chrupiącej skórce. Prawie dobę leżała w marynacie, a potem przez kilka godzin piekła się w niskiej temperaturze.