— Może zjesz kolację w kuchni? — zaproponował teść w sylwestrowy wieczór, nie przypuszczając, że synowa zabierze ze stołu wszystko, co sama przygotowała

— Zacznę się bawić, kiedy będę mogła choć na chwilę usiąść i wyprostować nogi — odpowiedziała ostro, podając mu stos talerzy. — Tylko ich nie upuść. To odświętny serwis. Jeśli pojawi się choćby najmniejszy odprysk, twój ojciec urządzi mi publiczny proces.

Kilka razy przeszli z kuchni do salonu i z powrotem. Stół stopniowo zapełniał się potrawami, z których każda wyglądała jak starannie wystylizowane zdjęcie z magazynu kulinarnego. Anna tego wieczoru naprawdę przeszła samą siebie: sałatka z jajkami przepiórczymi i chrupiącymi ziemniakami, przejrzysta galareta z ozorkiem, rumiane paszteciki z kapustą, pieczony schab pod aromatyczną musztardową skórką. W samym środku pyszniła się duża kaczka nadziewana jabłkami i suszonymi śliwkami, lśniąca od soków, pokryta złocistą, kruchą skórką.

Anna cofnęła się o krok i spojrzała na efekt wielogodzinnej pracy. Jedzenia wystarczyłoby na niewielkie wesele.

— Nieźle — mruknął Paweł, po czym ukradkiem porwał plaster schabu. — Przyniosłaś koniak? Ten drogi, który kupiłem w ozdobnym pudełku?

— Przyniosłam. Stoi na komodzie obok kieliszków. Paweł, muszę ci coś powiedzieć…

Podeszła bliżej i delikatnie dotknęła jego ręki.

— No?

— Mam wrażenie, że twój ojciec jest dziś wyjątkowo nerwowy i czepia się wszystkiego. Proszę cię, jeśli znowu zacznie wbijać mi szpilki, nie udawaj, że nie słyszysz. Powiedz chociaż jedno zdanie po mojej stronie. Jestem potwornie zmęczona. Chcę po prostu spokojnie usiąść, zjeść normalny posiłek i przywitać Nowy Rok jak człowiek.

Paweł odwrócił wzrok.

— Nie przejmuj się nim. Tata się denerwuje, bo zależy mu, żeby wszystko wyszło idealnie. Jest starej daty. Nie bierz tego tak do siebie.

— Trudno nie brać do siebie, kiedy robią ze mnie darmową kucharkę, a potem zachowują się, jakby to był naturalny porządek świata. Przecież widzisz, co się dzieje, prawda?

— Tylko nie zaczynaj — wysunął rękę z jej dłoni. — Goście zaraz przyjdą, a ty wyglądasz, jakbyśmy szykowali stypę. Uśmiechnij się lepiej.

W przedpokoju rozległ się dzwonek. Twarz Pawła zmieniła się natychmiast. Pojawił się na niej szeroki, serdeczny uśmiech.

— Są! Idę otworzyć!

Anna została przy świątecznym stole. Gdzieś głęboko pod żebrami zaciskał się powoli zimny węzeł niepokoju.

Goście weszli do mieszkania głośną grupą, wnosząc ze sobą mróz, zapach śniegu i słodkawy aromat męskiej wody kolońskiej. Zbigniew Domański był wysokim, barczystym mężczyzną z włosami zaczesanymi do tyłu i donośnym głosem. Jego żona, drobna, lekko zgarbiona starsza kobieta, opierała się na lasce. Trzeci przybył Marek, syn dawnego znajomego Edwarda — mężczyzna około czterdziestki, z wiecznie zaciśniętymi ustami i miną człowieka, któremu wszystko wokół wydaje się odrobinę niestosowne.

Edward pojawił się uroczyście w drzwiach sypialni. Miał na sobie nienaganny, ciemny garnitur, a z kieszonki na piersi wystawała jedwabna poszetka.

— Moi drodzy, jak cudownie was widzieć! Wchodźcie, szybko, nie stójcie na zimnie! — wołał, obejmując każdego po kolei. — Jak droga? Nie zmarzliście?

— Edziu, na chodnikach prawdziwe lodowisko! — zagrzmiał Zbigniew. — Ale na twoją kolację dotarlibyśmy nawet na czworakach!

Anna stała przy wejściu do kuchni. Zdjęła już fartuch i wygładziła prostą, lecz elegancką ciemną sukienkę. Miała nadzieję, że teść przedstawi ją gościom albo przynajmniej wspomni, że od rana przygotowywała przyjęcie.

— Zdejmujcie płaszcze, kochani — dyrygował Edward. — Paweł, pomóż gościom. A wy od razu przechodźcie do salonu, wszystko już gotowe. Cały dzień się uwijałem, tyle rzeczy przygotowałem!

Anna zamrugała kilka razy. Cały dzień się uwijałem?

Goście ruszyli do salonu. Gdy Zbigniew zobaczył stół, uniósł obie ręce i o mało nie zahaczył o wiszącą nad nim lampę.

— No proszę! Edward, to przecież uczta jak u króla! Spójrzcie na tę galaretę! A kaczka? Cudo! Sam to wszystko zrobiłeś?

Edward spuścił skromnie oczy i poprawił serwetkę przy swoim talerzu.

— A któż by inny? Oczywiście wszystko domowe, własnoręcznie przygotowane. Dla bliskich przyjaciół niczego mi nie szkoda. Siadajcie, proszę, czujcie się jak u siebie.

Anna weszła do pokoju. Gorąco uderzyło jej do twarzy.

— Dobry wieczór — powiedziała wyraźnie, celowo podnosząc głos.

Wszyscy odwrócili głowy, jakby dopiero teraz odkryli, że w mieszkaniu znajduje się jeszcze ktoś.

— O, Aniu, dobry wieczór — rzucił Zbigniew. — Ładnie wyglądasz. Chyba jeszcze bardziej wypiękniałaś.

— Dziękuję. Panie Edwardzie — Anna spojrzała teściowi prosto w oczy — może pomoże mi pan przynieść sosjerki z gorącymi sosami? Te, które skończyłam przygotowywać pół godziny temu.

Edward posłał jej chłodne, ostrzegawcze spojrzenie, lecz zaraz znów zwrócił ku gościom pogodną twarz.

— Oczywiście, moja droga. Zaraz wszystkim się zajmiemy. Wy tymczasem siadajcie.

Anna podeszła do Pawła, który bez powodu kręcił się przy oknie.

— Słyszałeś? — zapytała szeptem. — Powiedział, że wszystko ugotował sam.

— Anka, po co łapiesz go za każde słowo? — syknął Paweł. — Chce dobrze wypaść przed znajomymi. Co ci to właściwie odbiera? Przecież wszyscy wiedzą, że mu pomagałaś.