Młody mężczyzna zaczął regularnie odwiedzać moją 83-letnią sąsiadkę — ale pewnego dnia weszłam do jej domu i zamarłam z przerażenia

Jeszcze przez chwilę stałam na ganku, jednocześnie zmieszana i zakłopotana. Zaczęłam się zastanawiać, czy swoimi pytaniami jej nie uraziłam. Pani Helena była stara, ale przecież nie bezradna. Miała prawo sama decydować o swoim życiu, o tym, kogo wpuszcza do domu i z kim chce spędzać czas.

Mimo to rozmowa nie dawała mi spokoju.

Dwa dni później po raz pierwszy zobaczyłam Kamila.

Wychodziłam właśnie do pracy, gdy drzwi domu pani Heleny się otworzyły. Ze środka wyszedł młody mężczyzna, a potem dokładnie zamknął za sobą drzwi.

Mógł mieć około dwudziestu lat.

Miał na sobie sprane dżinsy, zwyczajną szarą bluzę i mocno znoszone sportowe buty. Ciemne włosy były nieco rozczochrane, a szczupła sylwetka sprawiała, że wyglądał jeszcze młodziej. Nie przypominał przebiegłego uwodziciela ani eleganckiego oszusta z serialu kryminalnego. Wyglądał raczej jak chłopak, który z trudem wiąże koniec z końcem.

Zauważył, że mu się przyglądam, i przystanął.

— Dzień dobry — powiedział.

— Dzień dobry.

Spojrzał na mój dom, po czym znowu na mnie.

— Pani jest chyba Anna.

To, że znał moje imię, natychmiast wzbudziło moją czujność.

— A ty jesteś Kamil.

Skinął głową.

— Jak się czuje pani Helena? — zapytałam.

— Dobrze.

— Od jakiegoś czasu prawie nie widuję jej na zewnątrz.

— Szybko się męczy.

Był uprzejmy, jednak w jego zachowaniu wyczuwałam ostrożność. Zanim zdążyłam pociągnąć rozmowę dalej, ruszył w stronę starego samochodu stojącego przy krawężniku, wsiadł i odjechał.

Przez kolejne dwa tygodnie ani razu nie zobaczyłam pani Heleny przed domem.

Ani razu.

Kamila widywałam za to niemal codziennie.

Czasami pojawiał się rano i zostawał przez kilka godzin. Innym razem jego samochód stał przed domem pani Heleny przez całą noc.

Po niedługim czasie zauważyłam coś jeszcze bardziej niepokojącego.

Kamil nie musiał już pukać.

Otwierał drzwi własnym kluczem.

Za każdym razem, kiedy widziałam, jak wkłada klucz do zamka, mój niepokój stawał się silniejszy.

Próbowałam przemówić sobie do rozsądku. Może pani Helena naprawdę była szczęśliwa. Być może odpowiadało jej zainteresowanie młodego człowieka. Może Kamil wykonywał teraz te wszystkie drobne prace w domu, którymi wcześniej zajmowałam się ja. A może problem tkwił we mnie i zwyczajnie osądzałam ich przez ogromną różnicę wieku.

Tyle że pani Helena przestała do mnie dzwonić.

Nie widziałam już, żeby machała mi przez okno. Nie wychodziła po pocztę. Kiedy próbowałam się z nią skontaktować, nie odbierała telefonu.

Zamiast rozmowy dostawałam krótkie wiadomości.

„Wszystko u mnie dobrze. Nie martw się”.

Za pierwszym razem uwierzyłam.

Kiedy dostałam drugą identycznie chłodną wiadomość, długo wpatrywałam się w ekran.

Pani Helena nigdy tak nie pisała. Jej wiadomości były rozwlekłe i pełne zupełnie niepotrzebnych szczegółów. Zaczynała od powitania, później pytała, co u mnie, a na koniec potrafiła przypomnieć mi, żebym wzięła kurtkę, bo wieczorem ma być chłodno.

Jednozdaniowe komunikaty zupełnie do niej nie pasowały.

Zadzwoniłam ponownie.

Nikt nie odebrał.

Kilka minut później telefon zawibrował.

„Wszystko u mnie dobrze. Nie martw się”.

Dokładnie te same słowa.

Z każdym dniem coraz mocniej czułam, że coś jest nie tak.

Aż pewnego popołudnia kurier pomyłkowo zostawił na moim ganku paczkę zaadresowaną do pani Heleny.

Wzięłam pudełko i przeszłam z nim do sąsiedniego domu.

Zapukałam kilka razy.

Nikt nie otworzył.

— Pani Heleno? — zawołałam. — To ja, Anna.

Cisza.

Zapukałam mocniej.

Nadal nic.

Niepokój natychmiast przerodził się w strach. Wróciłam do siebie po zapasowy klucz, który pani Helena dała mi wiele lat wcześniej właśnie na wypadek nagłej sytuacji.

Kiedy przekręcałam go w zamku, drżały mi ręce.

Weszłam do środka.

W domu panował idealny porządek.

Zbyt idealny.

W zlewie nie było ani jednego brudnego naczynia. Na stole nie leżały gazety, które pani Helena zwykle zostawiała tam całymi dniami. Z jej ulubionego fotela zniknął nawet koc, którym zazwyczaj przykrywała nogi.

Wszystko było równo poukładane, czyste i niemal nienaturalnie nietknięte.

Nie było ani pani Heleny, ani Kamila.

— Pani Heleno? — zawołałam ponownie.

Wtedy coś usłyszałam.

Cichy, ledwie słyszalny stuk dochodził z piwnicy.

Poczułam, jakby krew odpłynęła mi z twarzy. Bez zastanowienia rzuciłam się w stronę schodów.

Kiedy znalazłam się na dole, stuk rozległ się ponownie.

— Pani Heleno?! — krzyknęłam.

Zza drzwi niewielkiego pomieszczenia gospodarczego dobiegł mnie słaby głos.

— Aniu?

Przebiegłam przez piwnicę i złapałam za klamkę.

Drzwi ani drgnęły.

— Jestem tutaj! — zawołałam. — Proszę odsunąć się od drzwi!

Napierałam na nie barkiem. Raz. Drugi. Stare drewno zatrzeszczało, ale zamek wytrzymał.

Za trzecim razem zasuwka puściła.

Drzwi gwałtownie otworzyły się do środka.

Pani Helena siedziała na podłodze obok stosu kartonowych pudeł. Była blada, a jedną ręką obejmowała kostkę. Kilkadziesiąt centymetrów dalej leżał przewrócony drewniany stołek.

— Boże…

Natychmiast uklękłam obok niej.

— Co się stało? Zrobiła sobie pani krzywdę?