— Jutro moi koledzy przyjadą na trzy dni. Ugotujesz, posprzątasz i będziesz im usługiwać — rozkazał mąż. Anna tylko skinęła głową, lecz rano zobaczył przy drzwiach własne walizki

— Korzystam z twojej wczorajszej rady. Powiedziałeś: „Nie podoba się, to odejdź. Drzwi są tam”. Przemyślałam sprawę i uznałam, że powinien odejść ten, kto sprowadza gości, a nie osoba, która w tym mieszkaniu żyje i pracuje. Dlatego wychodzisz ty. Drzwi, jak sam zauważyłeś, znajdują się właśnie tam.

— Czy ty rozumiesz, co robisz? — aż zabrakło mu tchu z oburzenia. — Za kilka godzin przyjadą ludzie!

— Przyjadą do ciebie — skinęła głową. — Więc to ty powinieneś ich przyjąć. Możesz zadzwonić do Krzyśka. O ile pamiętam, ma duże mieszkanie.

— To jest również moje mieszkanie! — podniósł głos Piotr. — Jestem tutaj zameldowany!

— Mieszkanie należy do mnie — powiedziała bez pośpiechu Anna. — Dostałam je, zanim się poznaliśmy, a wszystkie dokumenty są na moje nazwisko. Owszem, jesteś tu zameldowany. Zameldowanie daje możliwość mieszkania pod danym adresem, ale nie daje prawa do poniżania właścicielki. Rozumiem, że mogłeś pomylić te pojęcia.

Piotr znieruchomiał, próbując poukładać w głowie jej słowa. Przywykł do tego, że kiedy podnosił głos, Anna milkła, spuszczała oczy i wracała do kuchenki. Teraz spokojnie piła herbatę, a w jej tonie pojawiło się coś, co po raz pierwszy wzbudziło w nim niepokój.

— Aniu, nie róbmy głupstw — spróbował mówić łagodniej. — Wczoraj się zdenerwowałem i powiedziałem za dużo. Ale goście już jadą. Będzie mi przed nimi niezręcznie.

— Będzie ci niezręcznie — zgodziła się. — Mnie wczoraj też było bardzo wstyd. Tyle że za ciebie. Przeżyłam to uczucie. Myślę, że ty również sobie poradzisz.

— Nie masz prawa tak po prostu mnie wyrzucać!

— Mam. Zaraz się przekonasz, jakie to łatwe — Anna odstawiła filiżankę na komodę. — Krok pierwszy: walizki są spakowane. Krok drugi: otwierają się drzwi. Krok trzeci: wychodzisz. Jak widzisz, nie trzeba nawet długo liczyć.

— A co ja powiem naszym znajomym? — chwycił się ostatniej szansy, by ją przekonać.

— Słowo „naszym” brzmi tu szczególnie zabawnie — uśmiechnęła się bez ciepła. — To twoi koledzy, których miałam przez trzy dni karmić i obsługiwać. Powiedz im prawdę: okazało się, że żona nie jest częścią wyposażenia mieszkania. Jestem pewna, że to przeżyją. W końcu są dorośli.

Patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz. Nie dlatego, że krzyczała. Wręcz przeciwnie — Anna mówiła cicho. Zniknęła jednak ta gotowość do podporządkowania, na której przez lata opierało się całe jego poczucie przewagi.

— Jeszcze tego pożałujesz — wycedził, ale groźba zabrzmiała słabo i niemal żałośnie.

— Być może — odpowiedziała. — Wolę jednak kiedyś żałować odwagi niż przez całe życie żałować własnej cierpliwości. Wybieram odwagę.

Godzinę później Anna stała na podwórzu przy samochodzie Ewy. Przyjaciółka przyjechała dwadzieścia minut po krótkim telefonie, w którym usłyszała tylko jedno słowo: „zamek”. Wspólnie ładowały do bagażnika nie ubrania, lecz ogromne pudło z piernikowym pałacem, który trzeba było dostarczyć klientom.

— Myślałam, że wzywasz mnie do przeprowadzki — wysapała Ewa. — A ty naprawdę miałaś na myśli piernikowy zamek.

— I dosłownie, i w przenośni — odpowiedziała Anna, sprawdzając, czy pudło jest dobrze zabezpieczone. — Swój własny zamek też dziś skończyłam. Tylko bez lukru.

— A co robi Piotr?

— Stoi przy walizkach, dzwoni do Krzyśka i tłumaczy, dlaczego plany się zmieniły — Anna parsknęła cichym śmiechem. — Najzabawniejsze jest to, że już trzy razy zapytał, kto teraz będzie karmił jego kolegów. Ani razu nie zapytał, co będzie ze mną.

W tej chwili z klatki schodowej wyszedł Piotr. Kiedy zobaczył obie kobiety, ruszył szybkim krokiem w stronę samochodu. Twarz miał wykrzywioną złością, a głos brzmiał nienaturalnie wysoko.

— Proszę się natychmiast zatrzymać! Dokąd jedziecie? Co to ma być za przedstawienie?

— Jadę do pracy — wyjaśniła spokojnie Anna. — Muszę dostarczyć zamówienie. Wyobraź sobie, że świat nie stanął tylko dlatego, że twoi koledzy mają przyjechać.

— Nigdzie nie pojedziesz, dopóki wszystkiego nie omówimy! — stanął przed samochodem. — Zostałem, tak przy okazji, upokorzony! Jak mam teraz spojrzeć chłopakom w oczy?

— Czyli to ciebie upokorzono — Ewa nie wytrzymała. — Piotr, wczoraj rozkazałeś człowiekowi przez trzy dni nosić talerze i milczeć. A mimo to za ofiarę uważasz siebie. Niezwykle interesująca logika.

— Ty się w ogóle nie wtrącaj! — wrzasnął. — Nikt cię o zdanie nie pytał!

— Nie waż się na nią krzyczeć — głos Anny pozostał spokojny, lecz stał się tak twardy, że Piotr mimowolnie umilkł. — Ewa jest moją prawdziwą przyjaciółką. Przyjeżdża po jednym słowie i niczego ode mnie nie żąda. Nigdy nie oczekuje, że zostanę jej służącą. Możesz się od niej czegoś nauczyć, dopóki lekcja jest bezpłatna.

Stał przed nimi, zaciskając i rozluźniając dłonie, zupełnie nie wiedząc, co zrobić. Wszystkie jego stare sposoby nacisku — podniesiony głos, pogardliwe uwagi, groźby — nagle przestały działać.

— I co teraz? — zapytał już znacznie ciszej. — Dokąd mam pójść?