— Jutro moi koledzy przyjadą na trzy dni. Ugotujesz, posprzątasz i będziesz im usługiwać — rozkazał mąż. Anna tylko skinęła głową, lecz rano zobaczył przy drzwiach własne walizki

— Wtedy ja wybiorę dobrze — odpowiedziała bez cienia emocji. — Wiesz, kiedyś sądziłam, że kochać znaczy znosić. Potem zrozumiałam, że znoszenie wszystkiego nie jest miłością. To bycie wygodnym meblem, o który można wytrzeć buty.

Ewa roześmiała się, lecz po chwili znów spoważniała.

— Pamiętasz, jaki był na początku? Przynosił ci kwiaty, woził twoje pudła po całym mieście, każdemu opowiadał, jaka jesteś zdolna.

— Oczywiście, że pamiętam. Tylko bycie dumnym z człowieka to nie to samo co chwalenie się nim. Chwalić można się ładnym przedmiotem. Człowieka się szanuje.

— Widzę, że przy cappuccino wyrósł nam prawdziwy filozof.

— Przy tych cenach mogę być nawet Sokratesem — Anna zerknęła na rachunek. — Ewa, potrzebuję twojej pomocy. Jeżeli jutro zadzwonię i powiem jedno słowo, przyjedziesz?

— Jakie słowo?

— „Zamek”. Taki jak ten, który teraz składam. Jeżeli usłyszysz „zamek”, to znaczy, że decyzja zapadła. Będę potrzebowała samochodu i twoich rąk.

Ewa przyjrzała się przyjaciółce uważnie, a potem powoli skinęła głową.

— Przyjadę o każdej porze, nawet w środku nocy. Tylko czy jesteś pewna? Może wszystko samo się jakoś uspokoi?

— Samo znika tylko dobre nastawienie, kiedy się o nie nie dba — Anna wstała i założyła płaszcz. — Z tym, co złe, trzeba rozprawić się samemu. Dziękuję. I nie martw się, nie zamierzam płakać. Zamierzam działać rozsądnie.

Wyszła z kawiarni z wyprostowanymi plecami. W jej głowie układał się już precyzyjny plan, wyraźny i logiczny jak projekt nowej piernikowej budowli. Tyle że tym razem dom nie był przeznaczony na cudze święto. Miał powstać dla niej.

Wieczorem Piotr wrócił do mieszkania w świetnym humorze. Przyniósł kilka reklamówek z napojami dla kolegów i zaczął ustawiać butelki w kuchni, pogwizdując pod nosem.

— Jutro około siódmej już tu będą — oznajmił. — Co przygotujesz najpierw?

— Piotr, usiądź proszę na chwilę — powiedziała Anna. — Chcę dokończyć naszą wczorajszą rozmowę.

— Znowu zaczynasz? — skrzywił się, ale jednak usiadł. — No dobrze, mów.

— Przygotuję wszystko na pierwszy wieczór. Ładnie, smacznie, dokładnie tak, jak lubisz. Później będziecie obsługiwać się sami. To nie kaprys. To zwyczajnie uczciwe.

— Anka, przecież już to omówiliśmy.

— Nie. Ty mówiłeś, a ja słuchałam. To nie była rozmowa. Teraz proponuję, żebyśmy się porozumieli. Jesteśmy partnerami czy nie?

Odchylił się na krześle i spojrzał na nią chłodno, bez zainteresowania, jakby siedziała przed nim obca osoba, która niepotrzebnie zabiera mu czas.

— Ty w ogóle rozumiesz, kto czym się tutaj zajmuje? — jego głos przeszedł w pogardliwy szept. — Ja pracuję i zarabiam. A ty robisz swoje ciasteczka i zabawkowe domki. I jeszcze próbujesz stawiać mi warunki?

— Ciasteczka — powtórzyła cicho Anna. — Te właśnie ciasteczka opłaciły połowę mebli, na których teraz siedzisz.

— Nie licz cudzych pieniędzy — rzucił ostro i poderwał się z miejsca. — Jutro przyjeżdżają goście. Chcę zobaczyć zastawiony stół, przygotowane łóżka i ciebie bez tych wszystkich przemądrzałych uwag. Zrozumiałaś?

— Teraz już tak — odpowiedziała. — W pełni.

— No i świetnie — nie zauważył, że jej głos zupełnie się zmienił. — I przestań robić z siebie nieszczęśliwą. Nikt cię tu siłą nie trzyma. Nie podoba się, to odejdź. Wiesz, gdzie są drzwi.

Spojrzała najpierw na wejście, potem znów na męża. W środku zrobiło się nagle cicho i zimno, jak w szkle, które po długim drżeniu wreszcie zastygło.

— Drzwi są tam — powtórzyła Anna. — Dziękuję, że mi przypomniałeś. To naprawdę cenna myśl.

— Właśnie — stracił już całe zainteresowanie rozmową i otworzył lodówkę. — I jutro nie chodź z naburmuszoną miną. Chłopaki nie lubią, kiedy ktoś psuje atmosferę.

— Koniecznie wezmę pod uwagę ich upodobania — powiedziała, zbierając ze stołu swoje szkice. — Idź spać. Jutro czeka cię bardzo intensywny dzień.

Odszedł do pokoju zadowolony z siebie i pewny, że znowu udało mu się zmusić ją do uległości. Anna została w kuchni, otworzyła szkicownik i dorysowała ostatnią linię do swojego planu. Nie czuła już złości. Wypaliła się do końca, pozostawiając po sobie wyłącznie przejrzystość i chłodną dokładność.

Tej nocy prawie nie spała, lecz nie dlatego, że płakała. Pracowała spokojnie, metodycznie i bez zbędnych ruchów, tak jak zwykle składała kruche konstrukcje, w których jedna pomyłka mogła zniszczyć wszystko.

Rano Piotr obudził się późno, przeciągnął i ruszył do kuchni, spodziewając się zapachu świątecznych potraw. Zamiast tego przywitały go cisza, idealny porządek i zaskakująca pustka. Obok drzwi wejściowych stały dwie należące do niego walizki, starannie spakowane i dokładnie zapięte.

— Anna! — krzyknął. — Co to ma znaczyć?

Wyszła z pokoju już ubrana, z filiżanką gorącej herbaty w dłoni. Jej twarz była całkowicie spokojna.

— Dzień dobry. To twoje rzeczy. Ułożyłam je ostrożnie, nic nie powinno się pognieść. Buty są w bocznej kieszeni.

— Zwariowałaś? — podszedł gwałtownie do walizek. — Co ty wyprawiasz?