— W takim razie ty nie mieszaj się do tego, co robię w kuchni.
Piotr zamilkł. W tonie żony było coś, co skutecznie odbierało ochotę do dalszych negocjacji.
W piątek wieczorem Ewa pojechała na targ. Wróciła z ogromną ilością ziemniaków. Kupiła trzy odmiany: jedną najlepszą do gotowania, drugą do smażenia i trzecią do pieczenia. Do tego wzięła cebulę, koperek i kwaśną śmietanę.
Nic więcej.
W sobotę zjawiła się na działce wcześnie rano.
Piotr przyjechał trochę później i zastał żonę na schodkach przed domkiem. Obierała ziemniaki, a obok niej stało wielkie, wypełnione po brzegi wiadro.
— To naprawdę wszystko? — zapytał z niedowierzaniem.
— Wszystko.
— Ewa, przecież…
— Piotr.
Westchnął, sięgnął po drugi nożyk, usiadł obok i już się nie odezwał.
Przygotowali młode ziemniaki z koperkiem. Ewa zrobiła puszyste kotlety ziemniaczane z podsmażoną cebulką, rumiane i pachnące tak intensywnie, że aromat z pewnością docierał do sąsiednich działek. Na metalowe szpikulce nadziała duże kawałki ziemniaków, oprószyła je solą i rozmarynem, a potem ułożyła przy grillu.
Na stole stanął dzbanek świeżej wody ze studni. Ewa pokroiła chleb, rozłożyła sztućce i przy każdym talerzu położyła papierową serwetkę.
Piotr przyglądał się temu wszystkiemu i nie potrafił zdecydować, czy bardziej podziwiać żonę, czy się bać.
— Może chociaż skoczę po kurczaka?
— Nie trzeba.
— To może kupię jakieś napoje?
— Sam zawsze mówiłeś, że nasza woda ze studni jest znakomita.
Znów zamilkł.
Kilka minut później spróbował po raz ostatni:
— A jeśli Marek się obrazi?
Ewa poprawiła widelec leżący obok talerza.
— To będzie jego decyzja.
Piotr popatrzył na stół, potem na żonę i w końcu poszedł pilnować grilla.
Kiedy samochód Marka zatrzymał się przed domkiem, starszy brat wysiadł i od razu ruszył pewnym krokiem w kierunku stołu. Za nim szedł jego znajomy Tomasz, już wyciągający telefon, żeby zrobić kilka zdjęć działki. Katarzyna niosła tę samą co zwykle papierową torbę z butelką w środku — symboliczny udział w przygotowaniu całego spotkania.
Goście podeszli do stołu.
Zatrzymali się.
Cisza trwała może pięć sekund.
A jednak wszystkim wydała się znacznie dłuższa.
— Siadajcie i częstujcie się ziemniakami, skoro niczego więcej nikt nie przywiózł — powiedziała pogodnie Ewa.
Nałożyła Katarzynie dwa kotlety, jakby właśnie serwowała najbardziej oczywisty letni obiad świata.
Katarzyna bez słowa chwyciła za widelec.
Tomasz z jakiegoś powodu zrobił zdjęcie stołu.
Marek usiadł i spojrzał na brata. Piotr z niezwykłym zainteresowaniem analizował zawartość własnego talerza.
— Trochę skromnie — mruknął Marek.
— Ale naprawdę dobre — odpowiedziała Katarzyna po pierwszym kęsie. I po jej głosie było słychać, że nie próbuje ratować sytuacji uprzejmością. Kotlet naprawdę jej smakował.
— Ziemniaki z grilla będą za jakieś dwadzieścia minut — poinformowała Ewa. — Na razie jedzcie kotlety, nie ma sensu czekać.
Obiad się rozpoczął.
Przez pierwszych kilka minut Marek jadł z miną klienta restauracji, któremu podano zupełnie inne danie, niż zamówił. Uniesione brwi i lekko sztywna postawa wyrażały mieszaninę zaskoczenia i niezadowolenia.
Kiedy jednak Ewa zdjęła ze szpikulców gorące ziemniaki pachnące dymem i rozmarynem, trochę odpuścił.
— W sumie to naprawdę niezłe — przyznał Tomasz.
— Jak je zrobiłaś? — zainteresowała się Katarzyna.
— Trochę oliwy, rozmaryn, sól i dobry żar — wyjaśniła Ewa.
Stopniowo rozmowa zaczęła płynąć normalniej. Tylko Marek pozostawał dziwnie cichy. Co jakiś czas spoglądał na Piotra, potem na Ewę, a później znowu na brata.
W jego głowie elementy tej układanki powoli wskakiwały na właściwe miejsca.
Nie bardzo podobało mu się rozwiązanie, ale coraz trudniej było udawać, że nie rozumie sensu całej sytuacji.
Kiedy Katarzyna, Tomasz i jego dziewczyna poszli obejrzeć jabłonie, Marek został przy stole sam z Piotrem.
— Co to właściwie miało być? — zapytał cicho.
— Obiad.
— Obiad. Jasne. — Marek zrobił krótką przerwę. — To jej pomysł?
— Nasz.
— Piotrek, przecież widzisz, jak to wygląda. Przyjeżdżam do własnego brata, a na stole ziemniaki i woda. Gdybyście powiedzieli, że robimy jakiś wiejski obiad, okej. Ale to przecież był komunikat, prawda?
Piotr uniósł wzrok.
— Marek, kupiliśmy tę działkę na kredyt. I to wcale nie mały. Co miesiąc mamy ratę, a resztę wydatków musimy planować.
— No i co? Przecież nie każę wam się przeze mnie zadłużać.
— Zastanowiłeś się kiedyś, kto płaci za te wszystkie spotkania, kiedy przywozisz kilka osób? Nie mamy budżetu na ciągłe urządzanie uczt dla dużej grupy. Jeśli przyjeżdżacie do nas, przywieźcie trochę jedzenia. To normalne. Większość ludzi właśnie tak robi.
Marek długo patrzył na młodszego brata.
— To ona cię przeciwko mnie nastawiła.
— Nikt mnie przeciwko tobie nie nastawia. Potrafię sam ocenić sytuację.
— Piotrek…
— Marek, naprawdę lubimy, kiedy przyjeżdżacie. Przyjeżdżajcie dalej. Tylko nie przyjeżdżajcie za każdym razem z pustymi rękami.
Marek prychnął cicho, ale niczego już nie skomentował. Sięgnął po dzbanek, nalał sobie pełną szklankę wody i wypił ją niemal jednym haustem.