— Częstujcie się ziemniakami, drodzy goście, skoro znowu przyjechaliście z pustymi rękami! — oznajmiła gospodyni na działce, postanawiając wreszcie dać wszystkim lekcję

Zapach dymu z grilla snuł się po działce już od rana. Ewa specjalnie rozpaliła wcześniej, żeby drewno zdążyło się dobrze przepalić, a w południe został równy, mocny żar. Piotr stał przy ogrodzeniu i obserwował żonę z miną człowieka, który zorientował się już, że tego dnia wydarzy się coś niezwykłego, lecz uznał, że na jakąkolwiek interwencję jest za późno.

— Umyjesz ziemniaki? — zapytała Ewa, nawet się nie odwracając.

— Ewa…

— Pytam, czy umyjesz ziemniaki.

Piotr bez słowa chwycił wiadro i poszedł do studni. Dyskusja z żoną w takim nastroju miała mniej więcej tyle samo sensu co przekonywanie deszczu, żeby przestał padać.

Goście pojawili się około drugiej po południu. Marek wjechał swoim dużym SUV-em prosto na trawnik przed domkiem, choć miejsce do parkowania znajdowało się tuż przy bramie. Z samochodu wysiadł pierwszy — wysoki, głośny i pewny siebie, z tym swoim stałym uśmiechem człowieka, który wszędzie czuł się jak najbardziej oczekiwany gość. Za nim wysiadła jego żona Katarzyna z papierową torbą, w której wyraźnie odznaczał się kształt butelki. Na końcu pojawiła się jeszcze para znajomych Marka, których Ewa widziała wcześniej zaledwie raz.

— Piotrek! — Marek rozłożył szeroko ramiona i ruszył w stronę brata. — No i jak, mięso już dochodzi? Ten zapach czułem chyba kilometr stąd!

Piotr objął brata, po czym ukradkiem zerknął na Ewę. Stała przy grillu z długim widelcem w dłoni i patrzyła na przybyłych z całkowitym spokojem. Aż podejrzanie dużym spokojem.

— Zapraszam — powiedziała. — Siadajcie.

Stół wyglądał tak, jakby przygotowano go na prawdziwe rodzinne przyjęcie. Kraciasty obrus, równo ustawione talerze, sztućce, serwetki. Marek podszedł do niego z zadowoloną miną, lecz po chwili zatrzymał się w pół kroku.

Na stole czekała miska ugotowanych młodych ziemniaków, duży półmisek rumianych kotletów ziemniaczanych z podsmażoną cebulą, solniczka, chleb i dzbanek zwykłej wody.

— A gdzie…? — zaczął Marek.

— Częstujcie się ziemniakami, drodzy goście, skoro przyjechaliście z pustymi rękami — powiedziała Ewa uprzejmie, tonem serdecznej gospodyni, jakby nie było w tym nic niezwykłego. Sama jako pierwsza nałożyła sobie kotlet.

Zapadła cisza. Wśród niej wyjątkowo wyraźnie słychać było szum brzóz rosnących za płotem.

Wszystko zaczęło się trzy lata wcześniej, gdy Ewa po raz pierwszy naprawdę poważnie poruszyła temat kupna własnej działki z domkiem.

Po babci Piotr odziedziczył połowę niewielkiego domku na starych ogródkach działkowych, położonych mniej więcej siedemdziesiąt kilometrów od miasta. Okolica była piękna, lecz dotarcie tam bez samochodu przypominało wyprawę. Najpierw trzeba było jechać pociągiem podmiejskim, później autobusem, a na końcu maszerować spory kawałek przez pola. Same ogródki pamiętały jeszcze poprzednią epokę i z każdym rokiem wyglądały bardziej opuszczone. Sąsiedzi zaglądali sporadycznie, wodę brało się ze starego, zardzewiałego ujęcia, toaleta stała na zewnątrz, a prądu czasami nie było przez kilka dni.

— Powinniśmy sprzedać tę działkę — powiedziała któregoś dnia Ewa, kiedy wrócili do mieszkania, a ona próbowała wyszorować z butów zaschnięte błoto. — I kupić coś, z czego naprawdę będziemy mieli przyjemność.

— Czyli co według ciebie byłoby normalne?

— Coś bliżej miasta. I domek, w którym można po prostu być, zamiast za każdym razem walczyć z kolejnymi problemami.

Piotr natychmiast znalazł całą listę powodów, dla których sprzedaż była złym pomysłem. To przecież pamiątka po babci. Skąd wziąć brakujące pieniądze? Kredyt będzie ciążył przez lata. Może lepiej naprawić to, co już mają, i doprowadzić stary domek do porządku?

Ewa nie należała do ludzi, którzy naciskają bez końca. Odpuściła i czekała. Minęło prawie pół roku, zanim sam Piotr miał dość wielogodzinnych wypraw na zaniedbaną działkę.

Pewnego wieczoru wrócił z pracy i powiedział, że znalazł domek z działką oddalony zaledwie pół godziny jazdy od ich mieszkania.

— Już tam byłem — przyznał nieco zawstydzony, jakby właśnie podpisywał akt kapitulacji.

— I?

— Domek nieduży, ale solidny. Około dziesięciu arów ziemi, stare jabłonie i porządna studnia.

— W takim razie pojedziemy obejrzeć go razem.

Sprzedali udział w starej działce po babci, dołożyli oszczędności, wzięli kredyt i pod koniec kwietnia wreszcie odebrali klucze.

To miejsce było odtąd ich. Mały domek z odświeżonymi okiennicami. Kawałek własnej ziemi. Jabłonie całe obsypane białym kwieciem. Pierwszego dnia Ewa trzy razy obeszła całą działkę, prawie się nie odzywając. Próbowała oswoić się z myślą, że naprawdę mają coś takiego tylko dla siebie.

W drodze powrotnej powiedziała:

— Piotr, na razie nikomu o tym nie mówmy.

— Dlaczego?

— Chcę, żebyśmy najpierw sami się tu zadomowili. Pobyli trochę we dwoje. Przyzwyczaili się. Potem będziemy zapraszać innych.

Piotr się zgodził.

Jeszcze tego samego wieczoru zadzwonił do Marka.

Ewa dowiedziała się o tym tydzień później, kiedy w rodzinnym czacie pojawiła się wiadomość od szwagra: „Słyszałem, że zostaliście działkowcami. Gratulacje! Niedługo przyjedziemy na kontrolę”.