Był zapisany na wytartym kawałku kartki, który przechowywała od ostatniego listu córki sprzed trzech lat.
Z wielkim trudem dotarła na miejsce.
Odnalazła budynek i podeszła do portierni.
— Nie ma tu nikogo takiego — powiedziała obojętnie kobieta siedząca za okienkiem. — Dawno się wyprowadziła.
— Ale dokąd?
— A skąd mam wiedzieć? Ludzie przyjeżdżają, wyjeżdżają. Warszawa jest duża. Proszę szukać.
Maria szukała.
Chodziła od jednego urzędu do drugiego. Próbowała dostać się na uczelnię. Dziekanat był zamknięty, a godziny przyjęć wypadały dopiero za kilka dni. Na policji rozłożyli ręce. Córka była pełnoletnia. Jeśli nie chciała utrzymywać kontaktu z rodziną, miała do tego prawo.
Po pięciu dniach Maria wróciła do swojej wsi.
Bez córki.
Bez krowy.
Prawie bez pieniędzy.
I z nadzieją znacznie słabszą niż wcześniej.
Nie przestała jednak czekać.
Lata mijały jeden po drugim.
Wieś pustoszała. Młodzi wyjeżdżali — jedni do Białegostoku, inni do Warszawy, jeszcze inni gdzieś dalej. Zostawali przede wszystkim starsi.
Domy niszczały. Płoty coraz głębiej zapadały się w ziemię. Świetlicę zamknięto. Szkołę połączono z placówką w sąsiedniej miejscowości i dzieci zaczęto dowozić autobusem. Gospodarstwo rolne upadło. Mały sklep otwierano już tylko kilka razy w tygodniu.
Maria żyła dalej.
Sadzała ziemniaki. Pielęgnowała ogród. Paliła w piecu. Chodziła na przystanek.
Sąsiedzi od dawna przestali ją przekonywać, żeby dała sobie spokój. Czasem jednak ciotka Helena nie wytrzymywała.
— Marysiu — mówiła, wpadając po sól albo zwyczajnie na chwilę rozmowy — przestań się tak męczyć. Nie ma twojej Ewki. Może jej już nawet na tym świecie…
Wtedy urywała.
Maria doskonale wiedziała, czego Helena nie odważyła się powiedzieć.
— Żyje — odpowiadała spokojnie. — Serce matki wie takie rzeczy. Ona żyje.
— Załóżmy, że żyje. Ale co z tego? Gdyby chciała, napisałaby. Przyjechałaby. Zadzwoniłaby. Teraz przecież telefony są wszędzie.
Telefon rzeczywiście się pojawił.
Kiedy doprowadzono linię do wsi, Maria postarała się o aparat do domu. Stary, czarny, ciężki telefon z okrągłą tarczą.
Od tamtej chwili czekała również na dzwonek.
Telefon jednak milczał.
Od czasu do czasu dzwoniła tylko Helena, żeby zapytać o zdrowie.
W 2005 roku Maria poprosiła młodego sąsiada, który znał się na komputerach i internecie, żeby spróbował odnaleźć Ewę.
Chłopak długo siedział przed monitorem. Wpisywał nazwiska, otwierał kolejne strony, porównywał zdjęcia.
W końcu znalazł kobietę o podobnych danych.
Tyle że mieszkała w Gdańsku, nie w Warszawie, a pozostałe informacje się nie zgadzały.
— Może to ona? — zapytał ostrożnie.
Maria długo patrzyła na niewyraźną fotografię eleganckiej kobiety w służbowym kostiumie.
Zmrużyła oczy.
Coś ścisnęło ją w piersi.
— Nie wiem — odpowiedziała wreszcie. — Trochę podobna. Ale naprawdę nie wiem.
Chłopak wysłał wiadomość.
Odpowiedź przyszła szybko.
„To pomyłka. Nie pochodzę z Podlasia. Urodziłam się w Warszawie. Proszę więcej do mnie nie pisać”.
I na tym się skończyło.
Maria schowała wydruk do szuflady komody.
I czekała dalej.
Minęły kolejne lata.
Maria skończyła siedemdziesiąt pięć lat. Wciąż mieszkała w tym samym domu. Sama rozpalała w piecu. Nadal próbowała zajmować się ogródkiem, chociaż sił ubywało jej z każdym miesiącem.
Na przystanek nie chodziła już w każdą sobotę.
Bolały ją nogi. Plecy prawie nie chciały się prostować.
Ale mniej więcej raz w miesiącu zakładała płaszcz i ruszała tą samą drogą.
Z przyzwyczajenia.
Z poczucia obowiązku.
Bo przestać chodzić oznaczałoby przyznać, że Ewa już nie wróci.
A tego Maria nie potrafiła zrobić.
Pewnego zimowego wieczoru, na początku stycznia, siedziała przed telewizorem.
Odbiornik był stary, duży, z wypukłym kineskopem, ale wciąż działał.
Leciały wiadomości.
Maria nie przepadała za nimi, lecz często zostawiała telewizor włączony, żeby w domu odzywał się przynajmniej czyjś głos. Cisza stawała się z wiekiem coraz trudniejsza do zniesienia.
Prezenter mówił o konferencji gospodarczej. O biznesie. O kobietach, które odniosły sukces. O działalności społecznej i pomocy dla biedniejszych regionów.
— A teraz rozmowa z jedną z uczestniczek forum — zapowiedział. — Ewelina Wysocka, założycielka fundacji charytatywnej…
Maria podniosła głowę.
Na ekranie pojawiła się kobieta.
Piękna. Zadbana. Elegancko ubrana. Miała starannie ułożone włosy i perfekcyjny makijaż. Siedziała w jasnym studiu i spokojnym, pewnym głosem opowiadała o odpowiedzialności społecznej, pomocy dzieciom i własnej drodze do sukcesu.
Powiedziała, że wychowała się w zwyczajnej rodzinie, z dala od wielkiego świata, ale wszystko osiągnęła własną pracą.
Kamera zrobiła zbliżenie.
Maria znieruchomiała.
Oczy.
Te oczy rozpoznałaby pośród tysiąca innych.
Pośród miliona.
Szare, dokładnie takie jak u jej ojca.
I niewielki pieprzyk nad lewą brwią.
Jak maleńka kropelka.
To była Ewa.
— Ewuniu… — wyszeptała Maria. — Moja Ewuniu…
Podniosła się ze stołka, podeszła do telewizora i dotknęła palcami zimnego szkła.
Córka uśmiechała się na ekranie.