„Babciu, przecież masz sześćdziesiąt lat!” — zbladł Michał, gdy usłyszał, że Zofia spodziewa się dziecka. Wtedy wyszło na jaw, co wnuk od miesięcy dodawał jej do herbaty

— No, Michałku… teraz nie został nam już nikt oprócz siebie — Zofia mocno przytulała wnuka i gładziła go po włosach. — Ale nie bój się, kochanie. Nikomu cię nie oddam. Jutro pójdę załatwiać opiekę. Kto wie, co tym urzędnikom przyjdzie do głowy… Do szkoły na razie nie pójdziesz, uprzedziłam już nauczycieli. Wszyscy wiedzą, jakie nieszczęście nas spotkało. Każdy ci współczuje. Wytrzymaj, Michałku. Czas minie i choć trochę będzie lżej.

Tyle że lżej wcale nie zrobiło się ani wtedy, ani później.

Michał dorastał, stawał się coraz wyższy, zmieniał się z chłopca w mężczyznę, ale gdzieś głęboko na zawsze pozostał dzieckiem, które pewnego strasznego dnia straciło oboje rodziców.

Tragedia dała mu coś, czego nie mieli jego rówieśnicy — szczególną pozycję.

Wszyscy mu współczuli.

Nauczyciele nie odpytywali go zbyt surowo, przymykali oczy na spóźnienia, a czasem wpisywali mu lepsze oceny, niż naprawdę zasługiwał. Sąsiedzi częstowali go słodyczami. Zofia zaś gotowa była oddać ostatnią rzecz, byle tylko jej wnuk nigdy nie poczuł się pokrzywdzony.

Bo jak można było wymagać od niego więcej?

Przecież został sierotą.

Poza tym Zofia wciąż powtarzała, że Michał ma słabe zdrowie. Raz bolała go głowa, innym razem łapało go przeziębienie, a jeszcze kiedy indziej był podobno zupełnie wyczerpany. W takich warunkach trudno było stawiać mu wysokie wymagania.

Lata mijały, a babcia nadal traktowała go tak, jakby wciąż miał dziesięć lat.

Naprawdę nie miała już nikogo bliskiego.

Jej jedyna córka zginęła razem z mężem w tragicznym wypadku samochodowym. Nawet po wielu latach Zofia nie potrafiła spokojnie wracać myślami do tamtego dnia.

Czasami budziła się w środku nocy i znowu widziała telefon, szpitalny korytarz, obce twarze oraz małego Michała, który jeszcze nie rozumiał, dlaczego mama już nigdy nie wróci do domu.

Często zadawała sobie to samo pytanie: dlaczego los tak okrutnie potraktował ich rodzinę?

Płakała nocami, pilnując, by wnuk tego nie zauważył.

Z czasem pojawił się jednak nowy lęk.

Co się stanie, kiedy Michał pewnego dnia odejdzie?

Ożeni się.

Wyprowadzi.

Założy własną rodzinę.

Komu wtedy będzie potrzebna ona?

W głębi duszy Zofia pocieszała się, że do takiej chwili jeszcze daleko.

Michał był cichy, zamknięty w sobie i bardzo domatorski. Po pracy najchętniej siadał przy komputerze, unikał większych spotkań, prawie nie miał przyjaciół. Z dziewczynami również nigdy szczególnie mu się nie układało.

Skąd więc miałaby się wziąć żona?

A jednak pojawiła się.

Karolina.

I już od pierwszego spotkania Zofia jej nie polubiła.

Dziewczyna wydała jej się zbyt ostra, wymagająca i pewna siebie. Doskonale wiedziała, czego chce od życia, i nie zamierzała godzić się na bylejakość.

Zofia natychmiast uznała, że dla jej Michałka nie mogło być gorszego wyboru.

— Ty w ogóle rozumiesz, z kim się związałeś? — lamentowała. — To nie dziewczyna, tylko rekin! Wyciągniesz palec, a odgryzie ci całą rękę. Potrzebujesz spokojnej, domowej kobiety. Dobrej, takiej, która będzie ceniła rodzinę. A ta? Spójrz tylko, jakie ma wymagania! Zniszczy ci całe życie.

— Babciu, przestań już.

— Nie mam zamiaru przestać! Co ty w niej w ogóle zobaczyłeś? Żeby chociaż była wyjątkową pięknością. Zwyczajna dziewczyna! Chuda, z zadartym nosem, rozmawia ze wszystkimi tak, jakby cały świat był jej coś winien. Zorientowała się tylko, że jesteś dobry i niedoświadczony, więc się ciebie uczepiła.

— Kocham ją.

— Dzisiaj kochasz, a jutro przybiegniesz z płaczem! Rozstań się z nią, póki jeszcze możesz.

Tym razem jednak Michał po raz pierwszy w życiu nie zamierzał jej posłuchać.

Naprawdę się zakochał.

Karolina nie była modelką ani olśniewającą pięknością. Miała przeciętny wzrost, szczupłą sylwetkę i niczym szczególnym nie wyróżniała się z tłumu.

Dla Michała stała się jednak pierwszą kobietą, która okazała mu szczere zainteresowanie.

To ona dzwoniła pierwsza.

Sama proponowała spotkania.

Śmiała się z jego żartów.

Snuto z nim plany na przyszłość.

Dla człowieka przyzwyczajonego do tego, że kobieca uwaga zwykle go omijała, było to aż nadto.

Przypadkowa znajomość wywróciła jego życie do góry nogami.

I nie chciał pozwolić, by babcia wszystko zniszczyła.

Niespodziewanym sprzymierzeńcem Michała został sąsiad, Henryk.

Samotny starszy mężczyzna od dawna zwracał uwagę na Zofię.

Czasem wnosił jej zakupy.

Innym razem wymieniał przepaloną żarówkę.

Zdarzało mu się też zaglądać wieczorem „dosłownie na pięć minut”, po czym zostawał przy herbacie aż do późna.

Michał doskonale wiedział, dokąd to zmierza.

Pewnego dnia ostrożnie napomknął babci:

— Henryk nie przychodzi do ciebie bez powodu.

Zofia roześmiała się.

— Michałku, jakie romanse w moim wieku? Powinnam już raczej myśleć o duszy.

— Masz dopiero sześćdziesiąt lat.

— „Dopiero”! — prychnęła Zofia, pocierając bolące kolano. — Rano wstaję z łóżka jak wrak człowieka.

— Henryk jest od ciebie starszy o pięć lat i jakoś daje sobie radę. Rano biega, ćwiczy, prawie wcale nie choruje.

— To niech sobie biega.