Przez dziesięć lat żył spokojnie sam, przyzwyczajony do ciszy i porządku. Wszystko zmieniło się pewnego dnia, kiedy postanowił wpuścić do swojego domu kobietę.
Rozwiódł się z żoną ponad dziesięć lat temu. Rozstali się w spokoju, bez awantur, podziału talerzy i sądowych batalii. Od tamtej pory przywykł do życia w samotności.
Ma czterdzieści siedem lat. Mieszkanie własne — zwykłe dwupokojowe. Sam przeprowadzał remont: wymienił instalację elektryczną, rury, położył tapety, uporządkował podłogi. Ma też samochód — stary, nieco zniszczony Fiat Tipo, ale jeździ sprawnie, bo o niego dba. W sumie, żyje normalnie, nie gorzej od innych.
Nigdy nie był człowiekiem niezaradnym w codziennych sprawach. Potrafił ugotować zupę, upiec ciasto, jeśli miał ochotę. Pranie, prasowanie, sprzątanie — wszystko to nie stanowi problemu. W jego mieszkaniu zawsze panuje porządek. Nie znosił kurzu i brudnych naczyń w zlewie.
Przez dziesięć lat sam prowadził gospodarstwo, zarządzał pieniędzmi, kupował produkty, płacił rachunki i, jak widać, nie pogrążył się w bałaganie.
Pół roku temu poznał Magdalenę. Ma czterdzieści trzy lata, pracuje jako starsza kasjerka w sklepie budowlanym. Kobieta sympatyczna, zadbana, rozmowna, potrafi się zaprezentować. Zaczęli się spotykać, spacerować wieczorami, a później coraz częściej zostawała u niego na weekendy.
Początkowo wszystko wydawało się wspaniałe. Ale potem zaczął dostrzegać dziwne, niepokojące sygnały. Jego zwyczajna męska pewność siebie zaczęła znikać, jak śnieg w marcowym słońcu.
Trojański koń nazwany „kobiecą troską”
Na początku wszystko wyglądało jak dobre intencje. Magdalena chciała pomagać w domu. Oczywiście nie protestował. Wraca się po pracy, a w domu gorący obiad, w kuchni unosi się zapach świeżego pieczywa. Któremu mężczyźnie mogłoby się to nie spodobać?
Dziękował jej, przynosił kwiaty, starał się obdarowywać drobnymi upominkami po wypłacie.
Ale stopniowo ta troska zamieniała się w coś duszącego. Magdalena zaczęła metodycznie wypierać go z jego własnego życia domowego. Robiła to tak, jakby była surową nauczycielką, a on niezdarnym uczniem, który znów nie odrobił lekcji.
Pewnego dnia włożył swoje ubrania do pralki. Wsypał zwykły proszek, ustawił temperaturę. Magdalena wpadła do łazienki, nacisnęła anuluj i ciężko westchnęła, przewracając oczami.
— Szymon, co ty robisz? — powiedziała z wyrzutem. — Kto tak pierze kolorowe rzeczy? Zniszczysz materiał, wszystko się odbarwi, pojawią się plamy. Zejdź od pralki, ja sama. Wy, mężczyźni, w domu jak ślepe kotki. Gdyby nie ja, dawno byś zniszczył wszystkie normalne rzeczy.
Spróbował się zażartować. Powiedział, że tym proszkiem pierze od dziesięciu lat i żadna koszulka jeszcze nie zniknęła. Ale spojrzała na niego z takim pobłażliwym współczuciem, że zrobiło mu się nieprzyjemnie.
Zamilkł i wyszedł z łazienki. Nie chciał kłócić się o pranie.
Potem było jeszcze gorzej. Poszli do najbliższego sklepu zrobić zakupy na tydzień. Wziął z półki paczkę masła. Znana niebieska paczka — tę markę kupował od pięciu lat, smak mu odpowiadał. Magdalena natychmiast wyrwała masło z jego rąk, obejrzała opakowanie i niezadowolona cmoknęła.
— Czytasz, co tu jest napisane? Same tłuszcze roślinne. W ogóle nie potrafisz wybierać produktów. Gdyby cię sam wysłać do sklepu, kiedyś byś nas otruł. Odłóż to, ja wezmę właściwe masło.
I odłożył. Dorosły mężczyzna stał pośrodku sklepu z wózkiem i czuł się winny przez paczkę masła.
Jej ulubione zdanie „Bez mnie byś zgubił się” zaczęło rozbrzmiewać w jego mieszkaniu niemal codziennie. Wypowiadała je przy każdej okazji. Nie kroił chleba odpowiednio, kupił złą rolę papieru toaletowego, nie wytrzeć poprawnie parapetu, postawił czysty kubek w złym miejscu.
— Szymon, kto tak myje patelnię? Widzisz, na brzegach został tłuszcz. Co byś bez mnie zrobił? Zarosłoby brudem.
— Kupiłeś znowu tani herbatę w torebkach. Prosiłam o normalną, liściastą. Nie masz w ogóle gustu. Jak żyłeś wcześniej?
Na początku to go irytowało. Później zaczęło go złościć. A potem, ku jego przerażeniu, uwierzył w to.
W zeszłym miesiącu w kuchni popsuł się stary kran. Nie było sensu go naprawiać — gwint był całkowicie starty. Pojechał do sklepu budowlanego po nowy, a Magdalena postanowiła jechać z nim. Zawsze sam wymieniał armaturę, dla niego to sprawa na piętnaście minut.
Podchodzą do regału z kranami. Bierze ciężki, mosiężny, sprawdza zawory, patrzy, jak działają elementy. Obok pojawia się sprzedawca w firmowej koszulce.
— Dobry wybór — mówi chłopak. — Zabiera pan? Do kasy?
Otworzył usta, by odpowiedzieć, ale wtrąciła się Magdalena.
— Dziewczyna lepiej zna się na rzeczy! — ogłosiła głośno na cały dział. — Młody człowieku, nie słuchaj go, w hydraulice nic nie rozumie. Szymon, odłóż tę pierdołę! Za miesiąc będzie cieknąć. Potrzebny nam ten z ceramiczną wkładką. Bez mnie kupiłbyś szmelc i zalał sąsiadów.
Sprzedawca spojrzał na niego ze współczuciem. Ludzie w sąsiednim rzędzie odwrócili się na jej głos. Stał tam z kranem w rękach i czuł się kompletnym idiotą.