Obudziłam się przed świtem. Powietrze w pokoju było słodkie, jakby wchłonęło sól morza i jaśmin. Serce biło szybko, jakby z góry wiedziało, że dzień będzie wyjątkowy. Wczoraj Karim powiedział: „Pokażę ci prawdziwy Dubaj”. Te słowa przez cały ranek brzmiały we mnie jak zaklęcie.
Na śniadanie zeszłam w białej sukience, którą oszczędzałam na szczególną okazję. Włosy ułożyłam starannie, usta lekko podkreśliłam. I pierwszy raz od wielu lat poczułam się nie pracownicą stołówki, nie żoną kierowcy, tylko kobietą.
W lustrze windy zobaczyłam twarz, w której pojawiło się coś nowego. Oczekiwanie.
Karim czekał przy wejściu do hotelu. Miał białą koszulę, lekkie spodnie i ciemne okulary. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się:
— Dzisiaj wyglądasz jak świt.
Spuściłam oczy, zmieszana.
— Dokąd pojedziemy?
— Najpierw do starej dzielnicy, tam, gdzie narodziło się moje miasto. A potem będzie niespodzianka.
Jechaliśmy szerokimi ulicami, a Karim opowiadał o każdym budynku tak, jakby był żywy. Jego głos był miękki, aksamitny, głos człowieka, który lubi, gdy się go słucha. Słuchałam i wszystko wokół stawało się jaśniejsze.
Stara dzielnica przypominała labirynt. Wąskie uliczki, rzeźbione drzwi, zapach przypraw, herbata, tkaniny, złoto, śmiech. Karim kupił mi chłodny napój z daktyli i powiedział:
— Tutaj wszystko jest prawdziwe. Bez masek. Jak ty.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Tylko się uśmiechnęłam.
Potem zaprowadził mnie do małego muzeum. W szklanych pojemnikach leżał piasek w różnych odcieniach — od białego po karmelowy.
— Widzisz? — powiedział Karim. — Nawet piasek bywa różny. Jeden wydaje się zwyczajny, drugi świeci w słońcu.
— A ja jakim jestem piaskiem? — spytałam żartobliwie.
Popatrzył uważnie, lekko mrużąc oczy.
— Tym, który świeci. Tylko dawno o tym zapomniałaś.
Te słowa trafiły prosto w serce. Po raz pierwszy od lat ktoś patrzył na mnie nie jak na oczywisty cień.
Po obiedzie zawiózł mnie nad morze. Nie było tam turystów, tylko pusty brzeg, gorący wiatr i piasek śpiewający pod stopami. Szliśmy w milczeniu. Potem Karim powiedział:
— Wiesz, dlaczego cię zaprosiłem?
— Dlaczego?
— Jesteś rzadka. W twoich oczach jest jednocześnie smutek i siła.
Odwróciłam głowę, żeby nie zobaczył, jak zadrżały mi usta. Po jego słowach zrobiło się słodko i strasznie zarazem.
Siedzieliśmy na piasku i patrzyliśmy na zachód słońca. Morze przelewało się czerwienią i złotem. Słońce opadało powoli, jak w starej baśni. On mówił o życiu, losie, odwadze. A ja słuchałam i myślałam: czy to naprawdę dzieje się ze mną?
Kiedy odwiózł mnie pod hotel, zapadał już zmrok. Przy drzwiach pochylił się i powiedział cicho:
— Jutro pokażę ci nocny Dubaj. Tam gwiazdy są bliżej, niż się wydaje.
Skinęłam głową. Głos nie chciał mnie słuchać.
W windzie patrzyłam na swoje odbicie. Oczy błyszczały, policzki płonęły. Rozumiałam: przekroczyłam niewidzialną granicę i nie wrócę już do tego, co było.
Tamtej nocy długo nie spałam. Z balkonu dochodził szum ulicy, zapach przypraw, pomruk wielkiego miasta. W piersi mieszkał lekki strach, a pod nim prawie dziecięca radość: „Żyję. Znowu czuję”. I gdzieś głęboko coś szeptało: „Ostrożnie, Katarzyno. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe”.
Wieczorem, gdy słońce schowało się za wieżami, Karim przysłał wiadomość: „Bądź gotowa o dziewiątej. Noc lubi niespodzianki”.
Przeczytałam ją kilka razy. Serce waliło. Słowo „noc” nagle przestało oznaczać porę dnia. Stało się obietnicą.
Długo wybierałam sukienkę. Biała wydawała się zbyt prosta, czerwona — zbyt śmiała. W końcu założyłam turkusową, lekką, lejącą się przy każdym ruchu. Rozpuściłam włosy, włożyłam bursztynowe kolczyki. Kiedy wyszłam przed hotel, Karim już czekał przy samochodzie w kolorze księżycowego piasku. Lekko się ukłonił:
— Dziś jesteś piękniejsza niż samo miasto.
Roześmiałam się.
— Nie przesadzaj.
— Nigdy nie przesadzam — odparł spokojnie.
Jechaliśmy nocną autostradą. Światła wież odbijały się w szybie, droga lśniła jak lustro. W powietrzu wisiało poczucie święta: muzyka, śmiech, zapach przypraw i benzyny. Dubaj nocą wydawał się żywym stworzeniem — błyszczącym, odurzającym, oddychającym.
Karim zawiózł mnie do starego portu. Woda była ciemna jak ropa, a światła odbijały się w niej tak, jakby gwiazdy spadły do morza. Przy nabrzeżu kołysały się jachty, chrom połyskiwał, latarnie dawały miękkie światło, fale szeptały przy brzegu. Kupił dwa kieliszki bezalkoholowego wina i jeden podał mnie.
— To miasto jest jak kobieta — powiedział. — W dzień błyszczy, a nocą pokazuje tajemnice.
Uśmiechnęłam się:
— A ty jesteś mężczyzną, który te tajemnice zbiera?
Roześmiał się:
— Nie. Po prostu umiem słuchać.
Przez chwilę milczeliśmy. Potem zapytał:
— Opowiedz mi o sobie. Kim jesteś naprawdę?
Zgubiłam się. Chciałam powiedzieć coś pięknego, ale słowa utknęły.
— Jestem tylko Katarzyną. Gotuję obiady w szkolnej stołówce.
Pokręcił głową.
— Nie wierzę. W twoich oczach jest zbyt dużo ognia jak na zwykłą kucharkę.
Spuściłam wzrok. Stał blisko, pachniał korzennymi perfumami i morzem. We mnie drgnęło coś dawno zapomnianego.
