— A gdzie są kotlety? Wczoraj wieczorem usmażyłam całą miskę, chyba ze dwadzieścia sztuk, jeśli nie więcej — Iwona z niedowierzaniem wpatrywała się w pusty garnek stojący samotnie na półce.
Po chwili spojrzała na szwagra siedzącego przy stole. Darek leniwie dłubał wykałaczką między zębami. Na jego talerzu zostały jedynie tłuste smugi i okruszki panierki. Nawet nie pomyślał, żeby po sobie posprzątać, chociaż cały dzień spędził w domu.
— No co? Zjadłem — odparł obojętnie, nie odrywając wzroku od telefonu. — Były dobre. Tylko trochę za mało posoliłaś, następnym razem daj więcej. I żadnej surówki ani ziemniaków nie było, więc musiałem dojadać chlebem.
Iwona poczuła, jak pod żebrami narasta w niej ciężka, trudna do opanowania złość. Dopiero wróciła z pracy. Po całej zmianie w szpitalu bolały ją nogi, plecy odmawiały posłuszeństwa, a w głowie miała tylko jedno pragnienie: zjeść coś ciepłego i jak najszybciej położyć się spać. Dzień wcześniej spędziła przy kuchence dwie godziny, żeby przygotować obiady na kilka dni. Liczyła, że przynajmniej dziś wieczorem nie będzie musiała gotować.
— Darek, te kotlety miały wystarczyć wszystkim na kilka dni — powiedziała powoli, pilnując, żeby głos jej nie zadrżał. — Mieszkamy tu we troje. Naprawdę zjadłeś sam dwadzieścia kotletów w jeden dzień?
— I co w tym dziwnego? — zdziwił się szczerze, podnosząc wzrok znad telefonu. Miał tak niewinną minę, jakby nie rozumiał, o co chodzi. — Jestem dużym facetem, potrzebuję sporo energii. Organizm się domaga, to jem. To nie moja wina, że nakładasz jakieś dziecięce porcje.
— Dziecięce? — Iwona zatrzasnęła lodówkę tak mocno, że magnesy na drzwiach zagrzechotały. — Dwa kilogramy mięsa to według ciebie dziecięca porcja? Wiesz w ogóle, ile kosztowały te produkty? I ile czasu zajęło mi przygotowanie wszystkiego?
— O rany, znowu się zaczyna — skrzywił się Darek. — Iwona, nie przesadzaj. Jedzenie to tylko jedzenie. Jak twój mąż wróci, powiesz mu, żeby kupił pierogi, skoro tak trudno ci gotować. Ja nie jestem wybredny. Mogę jeść nawet pierogi, byle były porządne.
Iwona nic już nie odpowiedziała. Wyszła z kuchni, bo potrzebowała chwili, żeby ochłonąć. Nie znosiła awantur i wiedziała, że jeśli zostanie tam jeszcze minutę, powie o kilka słów za dużo. W sypialni usiadła na łóżku i przez moment bez ruchu patrzyła w podłogę.
Darek mieszkał z nią i Markiem już trzeci miesiąc. „Tylko tymczasowo” — tak zapewniał Marek, kiedy odbierał brata z dworca. Darek miał jakieś problemy w poprzednim mieście. Raz wspominał o pracy, innym razem o nieudanym związku, ale jego opowieści nigdy nie były jasne. Przyjechał podobno „zacząć wszystko od nowa” i „poszukać lepszych możliwości”.
Tyle że poszukiwania przebiegały wyjątkowo powoli. Większość dnia Darek spędzał na kanapie, oglądając seriale i pisząc ze znajomymi w internecie. Na rozmowy kwalifikacyjne chodził sporadycznie. Kiedy pytano go, dlaczego jeszcze niczego nie znalazł, wzruszał ramionami.
— Za grosze pracować nie będę. A na coś naprawdę godnego jeszcze nie trafiłem.
Marek widział, że sytuacja jest dla Iwony coraz bardziej męcząca, ale wolał nie podejmować trudnego tematu.
— To jednak mój brat, Iwona. Mamy tę samą krew. Nie mogę przecież wyrzucić go na ulicę. Wytrzymaj jeszcze trochę. Znajdzie pracę i się wyprowadzi.
Iwona rzeczywiście wytrzymywała. Była dobrym człowiekiem i nigdy nie żałowała komuś talerza zupy. Na początku wydawało jej się, że kilka dodatkowych porcji nie stanowi problemu. Z czasem jednak wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej.
Zwykła pomoc w postaci „talerza obiadu” niepostrzeżenie zamieniła się w całkowite utrzymywanie zdrowego, czterdziestoletniego mężczyzny. Darek nie kupował niczego. Ani chleba, ani masła, ani nawet soli. Uważał, że skoro mieszka u własnego brata, to brat powinien go żywić. A przygotowywanie posiłków — jak twierdził — należało przecież do kobiety.
Tego wieczoru Marek wrócił do domu wyczerpany. Twarz miał szarą ze zmęczenia, a ramiona opadały mu po całym dniu pracy na budowie.
— Cześć, kochanie — powiedział, całując żonę. — Jest coś do jedzenia? Umieram z głodu.
Iwona bez słowa wskazała pustą kuchenkę.
— Nie, Marku. Nic nie ma.
— Jak to nic? — zdziwił się. — Przecież wczoraj mówiłaś, że usmażyłaś kotlety.
— Twój brat zjadł wszystko. Do ostatniego. Z dodatkami też sobie poradził. Zniknęła nawet kiełbasa, którą kupiłam na nasze śniadania. W lodówce została tylko musztarda i stara cytryna.
Marek ciężko westchnął i przetarł zmęczone oczy.
— Znowu? Prosiłem go, żeby zostawił coś również dla nas.
— Prosiłeś? — Iwona skrzyżowała ręce na piersi. — Marek, twoje prośby niczego nie zmieniają. Oboje pracujemy, spłacamy kredyt za mieszkanie, opłacamy rachunki, a teraz jeszcze utrzymujemy dorosłego człowieka, który nie potrafi nawet umyć własnego talerza. Policzyłam wydatki. Na jedzenie wydajemy o wiele więcej niż wcześniej. Chciałam odkładać te pieniądze na nasze leczenie.
— Nie złość się, proszę. Naprawdę z nim porozmawiam. Może teraz skoczę do sklepu i kupię coś szybkiego?