— Składam pozew o rozwód! Mam dość twoich tabletek, narzekań i niekończącego się bólu! Chcę młodej, zdrowej żony! — oznajmił bezlitośnie mąż

Elżbieta zatrzasnęła pokrywę MacBooka z taką furią, jakby to właśnie komputer odpowiadał za wszystkie nieszczęścia, które spadły na nią tego dnia.

Od rana wszystko układało się źle. Klient już po raz trzeci zmienił założenia projektu, a lekarz podczas rozmowy telefonicznej ostrożnie zasugerował, że być może trzeba będzie zwiększyć dawkę leków. Jakby i bez tego nie nosiła w torebce połowy apteki.

Za oknem lutowy wieczór rozmazywał po szybach brudnoszarą warszawską mżawkę. Była dopiero osiemnasta. Idealna pora, żeby zaparzyć ulubioną herbatę, owinąć się miękkim kocem i choć na chwilę odciąć od świata.

Tego dnia jednak zwyczajny rytuał został przerwany. Zamek w drzwiach wejściowych szczęknął niemal trzy godziny wcześniej niż zwykle.

— Marek? Dlaczego wróciłeś tak wcześnie? — zapytała Elżbieta, nie odwracając głowy. Wpatrywała się w swoje odbicie na wygaszonym ekranie laptopa.

Od mniej więcej roku ich rozmowy przypominały słuchowisko radiowe, w którym każde z nich nadawało na własnej częstotliwości i tylko udawało, że słyszy drugą stronę.

— Musimy poważnie porozmawiać — powiedział mąż głucho, jakby nagle złapało go przeziębienie.

Elżbieta uśmiechnęła się w duchu. Po piętnastu latach małżeństwa bezbłędnie rozpoznawała wszystkie odcienie jego głosu. Ten oznaczał mniej więcej: „Zrobiłem coś podłego, ale za chwilę i tak okaże się, że to twoja wina”.

— Mów — odparła i obróciła fotel.

Marek wyglądał jak kierownik średniego szczebla, który właśnie dowiedział się o planowanych zwolnieniach. Garnitur miał nienagannie skrojony, lecz twarz zmęczoną i pogniecioną.

— Zdecydowałem, że wystąpię o rozwód — wyrzucił z siebie jednym tchem, jak człowiek, który zmusza się do skoku do lodowatej wody.

W Elżbiecie coś cicho pękło. Nie serce. Raczej ostatnia, cienka nitka nadziei, że ich związek kiedyś naprawi się sam, bez rozmów i bez wysiłku, jakimś niemożliwym cudem.

— Nie potrafię już tak żyć — ciągnął Marek, krążąc nerwowo po pokoju. — Ciągle szpitale, badania, leki, twoje bóle i skargi. Ja też jestem człowiekiem! Mam dopiero czterdzieści dwa lata, a czuję się jak starzec!

— Czterdzieści trzy — poprawiła go odruchowo. — Jak ma na imię?

Marek zatrzymał się tak gwałtownie, jakby uderzył w niewidzialną ścianę.

— Kto?

— Nie zaczynaj przedstawienia — Elżbieta niespodziewanie parsknęła śmiechem. — Nie jestem ślepa. Nowe koszule, karnet na siłownię, tajemnicze weekendowe wyjazdy służbowe. To aż nazbyt banalne. Powiedz po prostu, jak ma na imię.

— Karolina — odpowiedział z taką czułością, że Elżbietę przeszedł dreszcz. — Ma dwadzieścia pięć lat. Jest zupełnie inna niż ty. Pełna życia, energii. I przede wszystkim zdrowa.

— I może urodzić ci dzieci — dodała spokojnie, bez wyrzutu.

Dawno temu wspólnie uznali, że ciąża mogłaby zbyt mocno zagrozić jej zdrowiu. Przynajmniej Elżbieta przez wszystkie te lata wierzyła, że była to wspólna decyzja.

— Tak! — niemal krzyknął Marek. — Właśnie tak! Chcę normalnej rodziny, rozumiesz? Prawdziwego życia, a nie tego wiecznego trwania od wizyty do wizyty!

Elżbieta powoli wstała. Z jakiegoś powodu pomyślała, że dobrze zrobiła, wkładając rano ulubiony domowy komplet, a nie rozciągnięte spodnie dresowe. Nagle bardzo zależało jej, by w chwili rozpadu piętnastoletniego małżeństwa wyglądać godnie.

— Dobrze — powiedziała pewniej, niż się spodziewała. — Zgadzam się.

— I tyle? Tak po prostu? — Marek najwyraźniej szykował się na coś zupełnie innego: płacz, histerię, krzyk albo przedmioty rozbijające się o ścianę.

— Mam jednak jeden warunek.

— Jaki znowu warunek? — w jego głosie natychmiast pojawiła się ostrożność.

Elżbieta po raz pierwszy od początku rozmowy uśmiechnęła się spokojnie. Ten uśmiech zaniepokoił Marka bardziej niż awantura.

— Dowiesz się jutro. Daj mi czas do rana.

Gdy tylko drzwi za mężem się zamknęły, Elżbieta chwyciła telefon. Palce drżały jej tak mocno, że dwa razy pomyliła numer.

— Aniu? Jesteś teraz zajęta? Potrzebuję pomocy. Tak, pilnie. Bardzo pilnie. Nie, nie umieram, chociaż sytuacja jest niewiele przyjemniejsza. Marek chce rozwodu. Nie lamentuj, proszę! Potrzebuję porady prawnej. Twój brat jest przecież adwokatem. Mógłby przyjechać za godzinę?

Potem zaczęła metodycznie wyciągać dokumenty i układać je na stole szerokim wachlarzem, jak karty do pasjansa. Piętnaście lat wspólnego życia nagle zmieściło się w papierach: akt małżeństwa, dokumenty mieszkania, umowa kredytowa spłacona trzy lata wcześniej, papiery samochodu.

— Młoda i całkowicie zdrowa, tak? No to zobaczymy — mruknęła, wyjmując z szafy ciężką teczkę z wynikami badań i wypisami ze szpitali.

Dokładnie godzinę później rozległ się dzwonek. W progu stał Michał, brat Ani — elegancki mężczyzna w drogim płaszczu, z ciemną skórzaną teczką w dłoni. Wyglądał jak adwokat z popularnego serialu.

— Opowiadaj — powiedział krótko, siadając przy stole i otwierając laptop.

— Mąż postanowił wymienić stary model na nowszy — uśmiechnęła się gorzko Elżbieta. — Znalazł młodszą kobietę, bez przewlekłych chorób. A ja chcę, żeby choć przez chwilę zrozumiał, co znaczy być słabym, zależnym od innych i zdanym na cudzą łaskę.