Michał uniósł brew.
— W jaki sposób zamierzasz to osiągnąć?
— Plan już mam. Muszę tylko wiedzieć, czy da się go przeprowadzić zgodnie z prawem.
Przez następną godzinę omawiali szczegóły. Michał raz marszczył czoło, raz kiwał z uznaniem głową, a co chwilę szybko coś zapisywał.
— Wiesz — odezwał się wreszcie, zamykając komputer — zwykle nie prowadzę spraw rodzinnych. Ale twoja historia nie daje mi spokoju. Podejmę się tego. I dam ci zniżkę, skoro przysłała cię moja siostra.
— Czyli mamy szansę?
— Jeśli zadziałamy szybko i rozsądnie, tak. Jutro rano przyjedź do mojego biura. I jeszcze jedno: trzymasz się naprawdę dobrze. Większość kobiet w podobnej sytuacji albo urządza awanturę, albo błaga męża, żeby został. A ty…
— Ja po prostu mam dość bycia zawsze tą dobrą — wzruszyła ramionami Elżbieta. — Jak w tym żarcie: nie budźcie we mnie jędzy, bo i tak od lat się nie wysypia.
Kiedy Michał wyszedł, sięgnęła po butelkę czerwonego wina. Nalała odrobinę do kieliszka, ale nie wypiła ani kropli. Siedziała tylko i patrzyła, jak światło załamuje się w ciemnoczerwonym płynie.
Telefon nie przestawał wibrować. Ania wysyłała wiadomość za wiadomością, domagając się natychmiastowych wyjaśnień. Elżbieta odpisała jedynie:
„Wszystko idzie zgodnie z planem. Jutro ci opowiem”.
Dopiero w sypialni, gdy poprawiała pościel, pozwoliła sobie zapłakać. Bez szlochu, prawie bezgłośnie, jak płaczą ludzie, którzy od dawna radzą sobie ze wszystkim sami. Piętnaście lat. Prawie połowa dorosłego życia. Wszystkie przysięgi o wspólnym trwaniu w zdrowiu i chorobie okazały się pustymi słowami, gdy tylko choroba przestała być teorią.
— Nic nie szkodzi — szepnęła, wycierając mokre policzki. — Jutro będzie inny dzień. A ja też będę już inna.
Rano, szykując się na spotkanie z Michałem, po raz pierwszy od wielu miesięcy starannie się umalowała i założyła ulubioną sukienkę. Patrząc w lustro, zrozumiała nagle, że to nie jest koniec. To początek życia, w którym nie będzie już przepraszać za własne ciało i własną chorobę.
Marek zadzwonił, gdy wsiadała na tylne siedzenie taksówki.
— No i co? Powiesz wreszcie, jaki jest ten twój warunek?
— Oczywiście, kochanie — odpowiedziała przesadnie słodkim tonem. — Przyjedź o piętnastej do kancelarii przy Żelaznej. Tam wszystko omówimy.
W biurze kancelarii „Lex Expert” panował przyjemny chłód, co Elżbieta przyjęła z ulgą. Źle znosiła wysoką temperaturę.
Przyjechała wcześniej, żeby jeszcze raz przejść z Michałem przez wszystkie punkty. Jak na złość w skroni zaczynał pulsować znajomy ból.
— Napijesz się kawy? — zapytał adwokat, wskazując ekspres w rogu gabinetu.
— Nie, dziękuję. Nie mogę. Przejdźmy od razu do rzeczy.
— W takim razie słuchaj — Michał rozłożył dokumenty na ciężkim dębowym biurku. — Naprawdę chcesz tylko ten dom? Moglibyśmy mocno przycisnąć Marka. Dotarłem już do informacji o kilku niezbyt czystych układach w jego firmie.
— Naprawdę — przerwała mu. — Chcę wyłącznie domu. Tego, który odziedziczyliśmy po jego matce. Bez szantażu. Nie zamierzam upodabniać się do niego.
— Ten budynek ledwo stoi — Michał skrzywił się, oglądając zdjęcia rzeczoznawcy. — Dach przecieka, instalacje są w fatalnym stanie, ogród zarósł po pas. Masz pojęcie, ile pochłonie remont?
— To już mój problem — odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem. — Przygotuj dokumenty tak, jak ustaliliśmy. I nie patrz na mnie w ten sposób. Doskonale wiem, co robię.
— Przez piętnaście lat praktyki nie spotkałem kobiety, która przy rozwodzie dobrowolnie wybierała walący się dom zamiast uczciwego udziału w wartościowym majątku.
— W takim razie będę pierwsza — mrugnęła, po czym skrzywiła się, gdy ból przeszył skroń ostrym impulsem.
Marek zjawił się punktualnie. Garnitur miał idealnie wyprasowany, uśmiech szeroki, a zapach drogich perfum wyczuwało się, zanim jeszcze usiadł. Biła od niego pewność siebie człowieka przekonanego, że właśnie zaczyna najlepszy etap życia.
Na widok adwokata spoważniał, choć tylko na chwilę.
— No dobrze, jaki jest warunek? — opadł ciężko na fotel, demonstrując, że cała sprawa wydaje mu się błahostką. — Tylko szybko. Za godzinę mam ważne spotkanie.
— To bardzo proste — Elżbieta spojrzała mu prosto w oczy. — Chcę domu twojej matki pod Warszawą. Tego, który nam zostawiła. Mieszkanie sprzedajemy, pieniądze dzielimy po połowie. Samochód zostaje przy tobie.
Marek roześmiał się głośno.
— I to wszystko? Naprawdę? Chcesz tę rozsypującą się budę? A ja byłem przygotowany na coś wielkiego. Boże, Ela, zawsze miałaś dziwne pomysły, ale tym razem przebiłaś samą siebie.
— Właśnie taką propozycję składam — odpowiedziała chłodno, choć jego protekcjonalny ton rozpalał w niej gniew. — Masz mieszkanie po ojcu, więc bez dachu nad głową nie zostaniesz. Chyba że planowałeś zatrzymać wszystko?
— Bierz, na zdrowie! — Marek teatralnie rozłożył ręce. — Szczerze mówiąc, liczyłem na dramat. Łzy, groźby, szantaż. A ty chcesz starego domu z dziurawym dachem. Karolina umrze ze śmiechu, kiedy jej powiem.