Gdy Agnieszka weszła do wagonu metra, nagle rozpoznała byłą teściową, która pożyczyła od niej pokaźną sumę na własny kąt, a potem zniknęła bez śladu

Aga zajęła miejsce, które przed chwilą zwolnił jeden z pasażerów, i sięgnęła do torebki po telefon. Chciała przejrzeć wiadomości, zanim pociąg przemknie przez podziemne tunele Warszawy.

Poranek był chłodny, a wiatr na ulicy szarpał płaszczem tak mocno, że ciepło panujące w wagonie wydawało się niemal kojące.

Odwróciła głowę i wtedy dostrzegła kobietę, której twarz wywołała w niej bolesne, natychmiastowe skojarzenie.

To była ona. Ta sama osoba, która kilka lat wcześniej pożyczyła od Agi dużą sumę, po czym zniknęła, jakby rozpłynęła się pośród miejskich ulic i nigdy nie istniała.

Agnieszka doskonale pamiętała telefony wykonywane po rozwodzie. Pamiętała także rozmowy z byłym mężem, który za każdym razem znajdował usprawiedliwienie dla swojej matki, aż w końcu po prostu zablokował jej numer.

Dyskretnie uruchomiła aparat i zrobiła kilka zdjęć, uważając, by nie zwrócić na siebie uwagi.

Potem otworzyła komunikator, przesłała fotografie mężowi i dopisała krótką wiadomość.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Na ustach Agi pojawił się ledwie widoczny uśmiech. Marcin zawsze działał zdecydowanie; nie należał do ludzi, którzy godzinami wahają się, analizując każdy możliwy krok.

Ciemne okulary przeciwsłoneczne, schowane w kieszeni płaszcza, okazały się teraz wyjątkowo przydatne.

Przez minione lata Agnieszka bardzo się zmieniła. Obcięła włosy na krótko, zaczęła farbować je na zupełnie inny kolor, a po urodzeniu syna jej sylwetka nabrała łagodniejszych, pełniejszych kształtów.

Była niemal pewna, że nikt z dawnego otoczenia nie rozpoznałby jej od pierwszego spojrzenia.

Z głośników popłynęła zapowiedź stacji Młociny. Pani Halina schowała ulotkę do torby, podniosła się z siedzenia i ruszyła w stronę drzwi.

Aga również wstała. Trzymała się wśród innych pasażerów, starając się nie podejść zbyt blisko do byłej teściowej.

Tamta sobota sprzed sześciu lat na zawsze utkwiła jej w pamięci. Słońce świeciło ostro, a ciężkie chmury, które jeszcze poprzedniego dnia zasnuwały niebo, zniknęły bez śladu.

Pani Halina przyszła wcześnie rano z dużą torbą zielonych jabłek kupionych po drodze na bazarze.

— Agnieszko, może upieczemy szarlotkę? — Bez czekania na zaproszenie weszła do kuchni i zaczęła wykładać zakupy na stół. — Tylko spójrz, jakie piękne jabłka. Soczyste, świeżutkie!

W tamtym czasie Aga pracowała w dużej firmie i zarabiała na tyle dobrze, że razem z mężem nie musieli odmawiać sobie codziennych przyjemności. Niedługo wcześniej sprzedała odziedziczoną po babci działkę w niewielkiej miejscowości pod Sochaczewem, a uzyskane pieniądze znacząco powiększyły ich oszczędności. Życie wydawało się uporządkowane, spokojne i przewidywalne. Najpoważniejsze problemy materialne należały, jak sądziła, do przeszłości.

— Słuchaj, Agnieszko, mam do ciebie pewną prośbę — powiedziała pani Halina, odkładając ostatnie jabłko. Odwróciła się do synowej, a jej twarz nagle spoważniała. — Potrzebuję pieniędzy. Siedemdziesięciu tysięcy złotych. Chcę kupić niewielki pokój w dawnym hotelu pracowniczym i wynajmować go lokatorom. Emerytura jest niska, a w ten sposób co miesiąc miałabym choć trochę dodatkowego dochodu.

Aga odpowiedziała prawie od razu. Nie szukała wymówki ani powodu, by odmówić. Teściowa zawsze odnosiła się do niej serdecznie: często dzwoniła, pytała o rady dotyczące domu, prosiła o znalezienie czegoś w internecie albo pomoc przy zamówieniu.

Wtedy odmówienie bliskiej osobie w takiej sytuacji wydawało jej się po prostu niemożliwe.

— Oczywiście, pani Halino. Pomogę pani.

Nikt nie wspomniał o pokwitowaniu, umowie ani jakimkolwiek zabezpieczeniu. Agnieszka wierzyła, że łączące je zaufanie jest równie mocne i niewzruszone jak Tatry.

— Gdzie się pchasz, krowo?! — wrzasnął otyły mężczyzna w średnim wieku, kiedy Aga, wychodząc po schodach z przejścia podziemnego, przypadkiem zahaczyła o jego but.

— Przepraszam, nie zauważyłam — odpowiedziała cicho i natychmiast przyspieszyła, bo bała się stracić znajomą sylwetkę z oczu.

Pani Halina szła niespiesznie ulicą Kasprowicza, co jakiś czas zatrzymując się przed witrynami niewielkich sklepów.

W osiedlowym spożywczaku kupiła bochenek jasnego chleba i karton mleka, a potem skręciła na podwórze otoczone typowymi dziewięciopiętrowymi blokami z wielkiej płyty.

Budynki miały małe betonowe balkony przypominające pudełka. Zimą mieszkańcy często wykorzystywali je jak dodatkowe lodówki, wystawiając na zewnątrz produkty, które szybko mogły się zepsuć.

Agnieszka przyspieszyła i zdążyła wejść do klatki tuż za byłą teściową. Na drugim piętrze pani Halina nagle się zatrzymała i obejrzała, jakby wyczuła, że ktoś ją obserwuje.

Aga musiała udać, że zamierza iść wyżej. Starsza kobieta nie rozpoznała dawnej synowej, uspokoiła się i zaczęła szukać kluczy w torbie.

Agnieszka zniknęła za zakrętem schodów, wyjęła telefon i wysłała Marcinowi dokładny adres.

Pół godziny spędzone na półpiętrze ciągnęło się w nieskończoność. Co chwilę miała ochotę sprawdzić ekran albo zejść na zewnątrz i przejść się kawałek, żeby rozruszać zdrętwiałe nogi.