Gdy Agnieszka weszła do wagonu metra, nagle rozpoznała byłą teściową, która pożyczyła od niej pokaźną sumę na własny kąt, a potem zniknęła bez śladu

Wreszcie w komunikatorze pojawiła się wyczekiwana wiadomość, a kilka minut później na końcu korytarza zobaczyła Marcina.

Był wysoki, szeroki w ramionach, ubrany w ciemną kurtkę i dżinsy. Samą postawą budził respekt.

Przez lata pracy jako kierownik robót na dużych budowach nauczył się rozmawiać z najróżniejszymi ludźmi. Potrafił znaleźć sposób nawet na wyjątkowo trudnych rozmówców.

— No dobrze, pokaż, gdzie mieszka twoja dłużniczka — powiedział, uważnie oglądając rząd niemal identycznych drzwi.

Aga wskazała właściwe, a Marcin pewnie zapukał w metalowe skrzydło.

Po mniej więcej minucie zza drzwi dobiegły ostrożne kroki. Otworzyły się tylko na tyle, na ile pozwalał łańcuch. W wąskiej szczelinie ukazała się zaniepokojona twarz pani Haliny.

— Kogo państwo szukają? — zapytała nieufnie.

Wtedy Agnieszka wysunęła się zza pleców męża i powoli zdjęła ciemne okulary.

— Pamięta mnie pani, pani Halino?

Reakcja była natychmiastowa. Kobieta gwałtownie się cofnęła i zrobiła kilka kroków w głąb mieszkania. Jej twarz wyraźnie pobladła.

— Boże… Jak mnie znalazłaś? — wydusiła z trudem, nie próbując nawet ukryć szoku.

— Musimy porozmawiać. Wpuści nas pani? — Aga pilnowała, by mówić spokojnie i nie okazać złości.

— Tak, oczywiście… Wejdźcie, proszę — odparła pani Halina, pospiesznie zdejmując łańcuch.

Trudno było nazwać to miejsce pełnoprawnym mieszkaniem. Wyglądało raczej jak niewielki pokój w budynku ze wspólnymi pomieszczeniami, gdzie z jednej łazienki korzystały dwie rodziny.

Na gumowej wycieraczce w korytarzu stało mnóstwo butów: dziecięce trampki, damskie kozaki, męskie półbuty i kilka par domowych kapci.

Agnieszka od razu zrozumiała, że za sąsiednimi drzwiami mieszka liczna rodzina. W powietrzu mieszały się zapachy smażonych ziemniaków, duszonej kapusty i świeżo krojonego chleba.

— Gdzie są moje pieniądze? — Nie zamierzała przeciągać rozmowy i od razu przeszła do sedna.

Była teściowa spuściła wzrok i gestem zaprosiła ich dalej.

— Wejdźcie do pokoju. Tam wszystko wyjaśnię.

Otworzyła drzwi do maleńkiego pomieszczenia, w którym ledwo mieściły się najbardziej potrzebne sprzęty.

Większą część przestrzeni zajmowała rozkładana wersalka. Mały telewizor stał na niskiej szafce, a w rogu urządzono prowizoryczny aneks z elektryczną płytą i kilkoma garnkami ustawionymi na wąskiej półce.

— Usiądźcie, proszę — powiedziała pani Halina, wskazując wersalkę. — Może zrobię herbatę?

— Nie trzeba — odpowiedział Marcin. — Porozmawiajmy od razu o tym, po co przyszliśmy.

Pani Halina usiadła na jedynym krześle i splotła dłonie na kolanach.

— Wiesz, co się stało po tym, jak rozstałaś się z moim Pawłem? — zapytała tak cicho, że ledwie było ją słychać.

— Rozwiedliśmy się, ponieważ nie mógł mieć dzieci — odparła Aga i lekko skinęła głową.

— Właśnie. Po rozwodzie zupełnie przestał być sobą. Najpierw chodził ponury, zamknął się w sobie i nie chciał z nikim rozmawiać. Później zaczął pić. W ciągu paru lat zniszczył sobie życie. Stracił pracę, nabrał kredytów, a potem pojawiły się kolejne zobowiązania.

Agnieszka słuchała w milczeniu, próbując zrozumieć wszystko, co właśnie usłyszała.

— Musiałam sprzedać mieszkanie, żeby spłacić jego długi. Dobrze, że wcześniej zdążyłam kupić ten pokój za pieniądze od ciebie. Myślałam, że zamieszkamy tu razem z Pawłem i jakoś przetrwamy — powiedziała pani Halina. Wyjęła z kieszeni chusteczkę i delikatnie otarła oczy. — Ale rok temu wyszedł i od tamtej pory ani razu się nie odezwał. Nawet nie wiem, gdzie teraz jest.

— Jak pani sobie obecnie radzi? — zapytał Marcin.

— A jak mam sobie radzić? Dostaję tysiąc osiemset złotych emerytury. Trzeba zapłacić rachunki, kupić jedzenie i lekarstwa. Z czego mam oddawać dług, skoro ledwie starcza mi na najpotrzebniejsze rzeczy?

Aga rozejrzała się uważnie po skromnie urządzonym pokoju.

— Czyli naprawdę nie ma pani żadnych pieniędzy? — upewniła się.

— Ani grosza, Agnieszko — pani Halina pociągnęła nosem. — Uwierz mi, gdybym miała choć najmniejszą możliwość, oddałabym ci wszystko natychmiast. Przysięgam.

Marcin podniósł się z wersalki i skierował do wyjścia.

— Chodźmy, Aga. Niczego więcej tutaj nie załatwimy.

Agnieszka również wstała, lecz przy drzwiach zatrzymała się i ponownie spojrzała na dawną teściową.

— Pani Halino, proszę powiedzieć szczerze: gdyby miała pani pieniądze, zwróciłaby mi pani ten dług?

— Oczywiście, Agnieszko! Naturalnie, że bym oddała! Nie jestem oszustką ani złodziejką — zapewniła, szybko kiwając głową. — Gdy tylko będę mogła, zwrócę wszystko co do grosza.

Kiedy wyszli na klatkę schodową, Marcin spojrzał na żonę z wyraźnym niezrozumieniem.

— Co to właściwie miało znaczyć?

Aga ponownie założyła przeciwsłoneczne okulary i spokojnie wzruszyła ramionami.

— Widziałeś, w jakich warunkach żyje. Mam wrażenie, że los ukarał ją dotkliwiej, niż my kiedykolwiek moglibyśmy. A pieniądze… Pieniądze jeszcze razem zarobimy.