— Jutro moi koledzy przyjadą na trzy dni. Ugotujesz, posprzątasz i będziesz im usługiwać — rozkazał mąż. Anna tylko skinęła głową, lecz rano zobaczył przy drzwiach własne walizki

— Jutro przyjeżdżają do mnie koledzy. Zostaną na trzy dni. Przygotujesz jedzenie, ogarniesz mieszkanie i dopilnujesz, żeby niczego im nie brakowało — oznajmił Piotr niedbałym tonem, nawet nie odrywając wzroku od tabletu.

Anna stała przy kuchence i powoli mieszała gęsty, słodki lukier przeznaczony do kolejnej partii dekoracji. Skinęła tylko głową, tak jak człowiek reaguje na przeciąg, który od dawna zna i któremu przestał się już dziwić. Na jej palcach zastygała cukrowa masa. Do rana miała się z niej narodzić maleńka wieża z misternie skręconą balustradą.

— Dobrze — odpowiedziała spokojnie. — Kto dokładnie przyjeżdża?

— Krzysiek, Łukasz i jeszcze jeden chłopak, którego nie znasz — Piotr wreszcie spojrzał znad ekranu. — Czemu tak na mnie patrzysz? Jakbym cię wysyłał do pracy w kamieniołomie.

— Patrzę, bo nagle postanowiłeś ze mną porozmawiać. To tak rzadkie wydarzenie, że chyba powinnam zapisać datę.

— Bardzo zabawne — skrzywił się z niechęcią. — Anka, naprawdę nie mam teraz ochoty na twoje dowcipy. Chłopaki liczą na porządne przyjęcie. Ma być dużo jedzenia, czysto w mieszkaniu i przygotowane miejsca do spania.

Zdjęła rondel z palnika i wytarła dłonie w kuchenną ściereczkę. Na blacie, ustawione w równych rzędach, czekały niewielkie piernikowe ściany. Za kilka godzin miały zostać połączone w cały budynek. Anna nieustannie tworzyła domy na cudze uroczystości, ale na własne święto prawie nigdy nie miała czasu.

— Piotr, pracuję dziś do późnego wieczora. Mam duże zamówienie ślubne, muszę złożyć cały piernikowy pałac. Mogę przygotować kolację na pierwszy dzień, ale przez trzy doby usługiwać trzem dorosłym mężczyznom nie zamierzam.

— O, proszę, jaka obrażona — prychnął, podnosząc się z kanapy. — Przecież i tak siedzisz w domu i kręcisz się przy kuchence. Co za problem postawić na stole kilka talerzy więcej?

— Siedzę w domu — powtórzyła równym głosem. — Niezwykle trafnie opisałeś moje życie. Doprawdy, pełny i wyczerpujący obraz.

— Tylko nie zaczynaj. Tłumaczę ci normalnie: przyjadą ludzie i trzeba ich godnie przyjąć. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Poza tym sama powinnaś chcieć, żeby zobaczyli, że prowadzimy porządny dom.

Anna podeszła bliżej i długo patrzyła mu w twarz. Nie była rozdrażniona. Raczej naprawdę chciała zrozumieć, czy on słyszy to, co sam mówi. Czasami wciąż wierzyła, że do człowieka można dotrzeć, jeżeli mówi się spokojnie, prosto i bez podnoszenia głosu.

— Zróbmy tak — zaproponowała łagodnie. — Przygotuję przekąski i coś ciepłego na pierwszy wieczór. Później wy, dorośli ludzie, sami odgrzejecie jedzenie i po sobie posprzątacie. Zgoda?

— Nie — uciął Piotr. — Gośćmi zajmuje się żona. Tak się robi.

— Kto tak ustalił?

— Wszyscy tak uważają! — podniósł głos. — Myślisz, że jesteś wyjątkowa? Żona ma prowadzić dom. Jeżeli nie potrafisz, to się naucz.

Anna przez chwilę milczała, obracając ostrożnie w palcach maleńki piernikowy element. Nagle przypomniało jej się zdanie: „Cierpliwość bywa gorzka, ale jej owoce są słodkie”. Na jej ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech.

— Dobrze — powiedziała. — Zrozumiałam. Idź odpocząć. Na pewno bardzo się dziś zmęczyłeś leżeniem na kanapie.

— No widzisz, jednak umiesz mówić normalnie — odparł z zadowoleniem, klepnął dłońmi w kolana i wrócił do pokoju.

Anna została w kuchni pośród swoich wież, ścian i małych okienek. Ostrożnie odłożyła gotowe części, przykryła je folią, a potem wyjęła z szafki duży szkicownik, w którym zwykle rozrysowywała przyszłe piernikowe domki. Tym razem zaczęła jednak kreślić zupełnie inny plan.

Następnego ranka siedziała w niewielkiej kawiarni na rogu. Spotykały się tu z Ewą od prawie dziesięciu lat. Przed Anną stygło cappuccino, którego niemal nie tknęła. Ewa, jak zwykle spóźniona, wpadła kilka minut po umówionej porze i ciężko opadła na krzesło naprzeciwko.

— No dobrze, mów, co się stało, skoro sprawa jest aż tak pilna — powiedziała, zdejmując szalik. — Przez telefon brzmiałaś inaczej niż zwykle.

— Piotr zaprosił kolegów. Na całe trzy dni. W pakiecie mają pełne wyżywienie, kucharkę, sprzątaczkę i kelnerkę w jednej osobie. Spróbuj zgadnąć, komu przypadła ta zaszczytna rola.

— Chwileczkę, pomyślę — Ewa zmrużyła oczy. — Piotrowi?

— Bardzo śmieszne. Zaproponowałam kompromis: pierwszego dnia gotuję ja, a potem radzą sobie sami. Odpowiedział, cytuję: „Tak się robi”.

— Kto tak robi?

— „Wszyscy”. Powołał się na zgodną opinię całej ludzkości — Anna uśmiechnęła się krzywo. — Stałam z piernikową wieżyczką w ręku i słuchałam wykładu o obowiązkach żony. Przez moment naprawdę pomyślałam, że to jakiś kiepski sen.

Ewa upiła łyk kawy i odstawiła filiżankę na spodek.

— Aniu, znam cię bardzo długo. Uśmiechasz się, ale oczy masz zupełnie inne. Co zamierzasz zrobić?

— Na razie nic strasznego. Dam mu ostatnią szansę. Dziś wieczorem powiem wszystko wprost, spokojnie, bez awantury i wyrzutów: albo dzielimy się obowiązkami jak dorośli ludzie, albo mnie w tym nie ma. A później zobaczę, co wybierze.

— A jeżeli wybierze źle?