— Anno! Długo jeszcze będziesz się tam grzebać? — potężny głos Edwarda Krawczyka przetoczył się z salonu i zabrzmiał tak, jakby odpowiedź inna niż natychmiastowe posłuszeństwo w ogóle nie wchodziła w rachubę. — Goście będą za dwie godziny, a półmiski z wędlinami nadal stoją puste!
Całe mieszkanie wypełniał ciężki, tłustawy zapach kaczki piekącej się w piekarniku. Wsiąkł w zasłony, tapetę, obrusy, a nawet w płaszcze wiszące w przedpokoju. Kiedyś taki aromat kojarzył Annie z domowym świętem. Tego dnia pachniał wyłącznie wyczerpaniem, które osiadło na niej jak mokry, niewidzialny płaszcz.
Zegar nad kuchenką wskazywał wpół do piątej. Trzydziesty pierwszy grudnia. W wielu polskich domach krojono właśnie warzywa do sałatki, z telewizorów dobiegały dialogi ze starych komedii, a ludzie zaczynali odliczać godziny do północy. Anna czuła się jednak tak, jakby od świtu przepracowała dwie zmiany przy przemysłowym piecu.
Przetarła czoło grzbietem dłoni, zostawiając na skórze jasną smugę mąki, i na kilka sekund mocno zacisnęła powieki.
— Zdążę ze wszystkim, panie Edwardzie — odpowiedziała, usiłując utrzymać spokojny ton. — Kaczka prawie gotowa, galareta tężeje na balkonie. Zostało mi tylko napełnić tartaletki kawiorem.
Teść wszedł do kuchni bez pośpiechu, szurając miękkimi kapciami. Poprawił na piersi domową, bordową marynarkę z weluru. Edward Krawczyk prezentował się okazale: masywny, siwiejący mężczyzna z włosami ułożonymi tak starannie, jakby przed chwilą opuścił zakład fryzjerski. Na utrwalenie tej fryzury zużywał zapewne pół puszki lakieru, a jej kształt nie zmienił się od czasów późnych lat osiemdziesiątych.
Obrzucił krytycznym spojrzeniem stół zastawiony miskami, blachami, deskami, otwartymi słoiczkami i talerzami.
— Kawioru nie żałuj — polecił, pochylając się nad ramieniem synowej niczym kontroler sprawdzający dokumenty przed audytem. — Przyjdzie Zbigniew z żoną, będzie też Marek. To ludzie na poziomie, przyzwyczajeni do porządnego przyjęcia. Nie mam zamiaru się przed nimi kompromitować. Posmarowałaś tartaletki masłem?
— Posmarowałam — odparła Anna, nie przerywając pracy.
— Pilnuj tylko, żeby wszędzie była taka sama warstwa. Ostatnio w jednej wystawał kawał masła, w drugiej prawie go nie było. Naprawdę było mi niezręcznie przed ludźmi.
— Panie Edwardzie, może chociaż pomoże mi pan nakryć do stołu? — zapytała bez odwracania głowy. — Trzeba przynieść świąteczną porcelanę i wypolerować kieliszki. Nie dam rady jednocześnie doglądać piekarnika i biegać do salonu.
Edward westchnął demonstracyjnie, po czym przekręcił na palcu ciężki, złoty sygnet.
— Moja droga, bardzo chętnie bym pomógł, ale przecież wiesz, co dzieje się z moim kręgosłupem. Lekarz zabronił mi schylania się i podnoszenia ciężkich rzeczy. Poza tym gości powinienem przyjąć wypoczęty, pogodny i odpowiednio ubrany. Gospodarz jest wizytówką domu. Kuchnia natomiast to zaplecze robocze.
— Czyli ja jestem tutaj personelem? — zapytała cicho Anna, układając na ostatniej tartaletce maleńką gałązkę koperku.
— Nie przekręcaj moich słów — odburknął Edward i ruszył ku drzwiom. — Jesteś młoda, ruch dobrze ci zrobi. A gdzie Paweł? Sprawdził, czy szampan jest dostatecznie schłodzony?
— Paweł siedzi w pokoju i gra na konsoli — powiedziała sucho.
— Niech odpoczywa. Miał trudny kwartał: raporty, przełożeni, bank, ciągłe telefony. Chłopak jest wykończony. Nie zawracaj mu głowy drobiazgami. Ja idę założyć garnitur. Za czterdzieści minut stół ma błyszczeć.
Drzwi kuchni zamknęły się niemal bezszelestnie. Anna została sama z trzaskającym w piekarniku tłuszczem i gwałtowną ochotą, by cisnąć otwartym słoiczkiem kawioru prosto w ścianę.
Kiedy skończyła przygotowywać zimne przekąski, przycisnęła dłoń do zdrętwiałych lędźwi i poszła do salonu. Pośrodku stał stary rozkładany stół, przykryty idealnie białym, sztywno wykrochmalonym obrusem. Była to jedyna rzecz, którą teść zrobił tego dnia sam.
Paweł rozsiadł się w fotelu i z zapałem naciskał przyciski pada. Na ekranie jeden po drugim eksplodowały futurystyczne statki kosmiczne.
— Paweł — odezwała się Anna.
Mąż albo jej nie usłyszał, albo postanowił nie słyszeć. Nadal gwałtownie poruszał kciukami, skupiony na walce.
— Paweł! — powtórzyła znacznie głośniej.
Drgnął i zsunął słuchawkę z jednego ucha.
— Co? O co chodzi, kochanie? Już siadamy do stołu?
— Jeszcze nie. Pomóż mi przenieść jedzenie. Półmisek z kaczką jest ciężki, a salaterki napełnione po brzegi. Nie będę w nieskończoność kursować sama.
Paweł skrzywił się i zatrzymał grę.
— Anka, przecież tata jest obok. Poproś jego. Męczę ten poziom od czterdziestu minut, prawie go przeszedłem. Została mi dosłownie chwila.
— Twój tata wybiera garnitur i krawat. Ja od ósmej rano nawet nie usiadłam. Paweł, wstań, proszę, i pomóż mi nakryć. Ty też zamierzasz świętować Sylwestra.
Mąż wypuścił głośno powietrze, całym sobą pokazując, jak ogromnego poświęcenia się od niego wymaga, po czym powoli dźwignął się z fotela.
— Ostatnio ciągle jesteś spięta i rozdrażniona. To Sylwester, ludzie mają się bawić, a ty tylko narzekasz.