Powietrze na oddziale położniczym było ciężkie, nasycone ostrą wonią środków dezynfekujących i chłodną sterylnością. Markowi wydawało się niemal gęste, jakby można je było rozsunąć dłonią. Przez dłuższą chwilę stał nieruchomo przed szerokimi drzwiami sali, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że znalazł się w miejscu, do którego wcale nie powinien wchodzić. Trzymał ogromny bukiet białych chryzantem — eleganckich, powściągliwych kwiatów, które jego teściowa, Halina, uwielbiała od lat. Ten dzień przewrócił życie całej rodziny do góry nogami. Jedni krewni mówili o jej niezwykłej odwadze, inni szeptali, że postąpiła lekkomyślnie i straciła rozsądek.
W wieku pięćdziesięciu pięciu lat Halina zdecydowała się na coś, co większości ludzi wydawało się niemal niemożliwe. Urodziła bliźnięta — chłopca i dziewczynkę. Lekarze żartowali, że los od razu podarował jej podwójne szczęście. Dla medycyny był to rzadki przypadek, świadectwo możliwości współczesnego leczenia i zdumiewającej siły kobiecego organizmu. Dla sąsiadek z osiedla domków letniskowych stał się natomiast niewyczerpanym tematem rozmów. „W tym wieku znowu pieluchy? Przecież ona oszalała” — szeptano za jej plecami. Marek nie wdawał się w te dyskusje. Widział jedynie szczęście swojej żony, Katarzyny. Jako jedynaczka przez całe dzieciństwo marzyła o rodzeństwie, a teraz to dawne pragnienie spełniło się w najbardziej nieoczekiwany sposób, gdy sama dawno przekroczyła trzydziestkę.
— Proszę pana, dlaczego stoi pan pod drzwiami? Może pan wejść, ale tylko na chwilę — wyrwała go z zamyślenia stanowcza pielęgniarka. — Pacjentka jest bardzo osłabiona. Dziesięć minut, ani minuty dłużej. I proszę włożyć fartuch ochronny. To nie jest warsztat.
Marek bez słowa wsunął ręce w cienki jednorazowy fartuch, który przy każdym ruchu nieprzyjemnie szeleścił, po czym wszedł do sali. Halina leżała na wysokim szpitalnym łóżku. Trudny poród wyraźnie odcisnął się na jej twarzy: skóra była kredowobiała, pod oczami zalegały głębokie cienie, a zmęczenie postarzało ją o kilka lat. Jednak gdy spoglądała w stronę dwóch przezroczystych łóżeczek ustawionych przy oknie, jej oczy rozjaśniały się w sposób, którego Marek nigdy wcześniej u niej nie widział. Było w nich zwycięstwo, duma i bezgraniczne macierzyńskie szczęście.
— Podejdź, Marku — powiedziała cicho, lekko poruszając głową. — Spójrz na nich. Tylko popatrz, jakie to cuda.
Położył bukiet na szafce przy łóżku. Halina nawet na niego nie zerknęła. Najpierw nachylił się nad pierwszym łóżeczkiem. Spała w nim dziewczynka. Jej maleńka twarz wciąż była lekko pomarszczona, a drobne dłonie zaciskały się w pięści tak mocno, jakby już teraz zamierzała walczyć o własne miejsce na świecie. Markowi przemknęło przez myśl, że siła matki naprawdę nie zna granic.
Potem odwrócił się ku drugiemu łóżeczku, w którym leżał chłopiec. Był odrobinę większy od siostry i przez sen poruszał ustami, jakby coś mu się śniło.
Marek pochylił się niżej, chcąc lepiej zobaczyć jego twarz. I wtedy wszystko w nim zamarło.
Na szyi chłopca, tuż pod lewym uchem, widniało wyraźne znamię. Miało nieregularny kształt i wielkość małej monety. Po plecach Marka przebiegł lodowaty dreszcz. Serce uderzyło gwałtownie, a myśli urwały się tak nagle, jakby ktoś przeciął je nożem.
To samo znamię.
Dokładnie takie samo.
W identycznym miejscu nosił je od urodzenia także on.
Nieświadomie uniósł dłoń do własnej szyi. Pod palcami poczuł szalejący puls, a wzroku nie potrafił oderwać od śpiącego niemowlęcia.
Obraz przed oczami zaczął mu się rozmazywać. Ściany sali powoli ruszyły, powietrze zgęstniało i stało się duszne, jakby cały pokój wypełniła gorąca mgła. Nie mógł nabrać tchu. Zacisnął obie dłonie na oparciu krzesła, by nie upaść, a knykcie pobielały od siły chwytu.
— Marku? Co się dzieje? Jesteś blady jak ściana! — zaniepokoiła się Halina.
Jej głos docierał do niego z daleka, jakby przebijał się przez grubą warstwę szkła.
— Nic… Po prostu… jest tu strasznie duszno — wykrztusił i zaczął cofać się ku drzwiom.
Prawie wybiegł na korytarz, nie reagując na pytania teściowej. Oparł plecy o chłodne kafelki i łapczywie wciągał powietrze. W tej samej chwili w pamięci otworzyła się noc, którą przez ostatnich dziewięć miesięcy próbował wymazać z siebie za wszelką cenę.
Było lato. Rodzina świętowała urodziny Katarzyny na działce jej rodziców. Początek wieczoru niczym nie różnił się od innych spotkań: pachniało mięsem z grilla, na stole stało domowe wino, wszyscy wznosili toasty, śmiali się i przeciągali rozmowy do późna. Halina zachowywała się tego dnia wyjątkowo swobodnie. Miała na sobie lekką letnią sukienkę, włosy pozostawiła rozpuszczone i wyglądała znacznie młodziej niż zwykle — pogodna, ciepła, pełna energii. Andrzej, jej mąż i ojciec Katarzyny, znów przesadził z własną nalewką i zasnął w hamaku, zanim na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Katarzyna musiała wrócić do miasta, bo następnego ranka czekało ją ważne seminarium. Obiecała przyjechać o świcie.
