Marek westchnął.
— Jest wściekły. Ale… chyba zaczyna coś rozumieć.
Spojrzałam na niego.
— A ty?
Podszedł bliżej.
— Ja też.
Staliśmy naprzeciw siebie i nie było już między nami tamtego dawnego napięcia.
— Myliłem się — powiedział. — Pozwalałem, żeby to trwało.
Skinęłam głową.
— Tak.
Nie zaczął się usprawiedliwiać. I to okazało się ważniejsze niż jakiekolwiek ładne słowa.
— Nie chcę już tak — dodał.
Poczułam, jak coś we mnie miękko się przesuwa.
— Więc na to nie pozwalaj.
Uśmiechnął się — po raz pierwszy od dawna spokojnie, bez wymuszonego wyrazu twarzy.
Minęło kilka tygodni.
Życie nie stało się idealne. Stało się po prostu bardziej uczciwe.
Marek nie zapraszał już Tomasza do naszego domu. Czasem spotykali się gdzieś osobno, ale mnie to już nie dotyczyło. W domu zrobiło się ciszej — nie na zewnątrz, tylko w środku. Zniknęło oczekiwanie, że w każdej chwili znowu padnie kolejny „żart”, po którym wszyscy niezręcznie zamilkną.
Pewnego wieczoru jedliśmy kolację we dwoje na tym samym tarasie. Lato jeszcze trwało, ale w powietrzu czuło się już pierwszy chłód.
— Pamiętasz tamten dzień? — zapytał Marek.
— Który dokładnie?
— Ten, kiedy wszystko się zmieniło.
Zamyśliłam się.
— To nie był jeden dzień — powiedziałam. — To było siedem lat, które skończyły się jednego wieczoru.
Skinął głową.
— Cieszę się, że wtedy nie zamilkłaś.
Spojrzałam na niego.
— Ja też.
Siedzieliśmy w ciszy, ale to milczenie było zupełnie inne. Nie miało w sobie ciężaru, tylko spokój.
Po jakimś czasie Katarzyna znów zajrzała do cukierni. Już nie tak niepewnie jak poprzednio.
— Mogę dostać kawę? — zapytała.
— Oczywiście.
Zaczęłyśmy rozmawiać. Wyglądała trochę inaczej — nie na szczęśliwą, ale spokojniejszą.
— On stał się mniej… — nie dokończyła zdania.
— Gadany? — podpowiedziałam.
Skinęła głową.
— Nie wiem, na jak długo.
Wzruszyłam ramionami.
— To już jego wybór.
Katarzyna popatrzyła na mnie uważnie.
— A ty nie żałujesz?
Uśmiechnęłam się.
— Nie.
I to była prawda.
Tamtego wieczoru, zamykając cukiernię, znowu nabrałam w płuca chłodnego powietrza. Miasto żyło swoim zwyczajnym rytmem: ludzie gdzieś się spieszyli, samochody przejeżdżały ulicą, w oknach zapalały się światła. Wszystko wokół było takie jak zawsze.
Zmieniła się tylko jedna rzecz — nie pozwalałam już nikomu decydować, jak wolno mnie traktować.
I jak się okazało, to wystarczyło, żeby cała reszta powoli zaczęła wracać na swoje miejsce.
