— Były śledczy z powiatu. Pan Jan. Kiedyś próbował badać sprawę zaginionych dzieci, ale bardzo szybko mu ją zamknięto. Potem wyrzucono go z pracy.
Piotr spochmurniał.
— Gdzie teraz mieszka?
— Przy stacji. W starym domu leśniczego.
Anna podniosła się z miejsca.
— W takim razie musimy jechać od razu.
W tej chwili drzwi znów zadrżały od uderzenia.
Deski zatrzeszczały.
— Nie mamy czasu — wyszeptała Kasia.
Piotr szybko zgasił resztę światła. Dom pogrążył się w ciemności.
— Przez stodołę — powiedział cicho.
Ostrożnie wyszli tylnymi drzwiami. Zimny deszcz natychmiast uderzył ich w twarze. Wiatr wył tak mocno, że prawie zagłuszał ich kroki.
Na podwórzu panował mrok. Tylko przy furtce poruszały się sylwetki mężczyzn.
Piotr prowadził kobiety przez ogród, starając się nie robić hałasu. Błoto przyklejało się do butów, mokre gałęzie smagały ich po twarzach. Anna z trudem utrzymywała się na nogach.
I wtedy dziecko zapłakało.
Głośno.
Przejmująco.
Na podwórzu natychmiast rozległ się krzyk:
— Są z tyłu! Łapać ich!
Zaczęła się pogoń.
Piotr chwycił Annę za rękę i pobiegli przez pole w stronę lasu. Za sobą słyszeli krzyki, szczekanie psów i ryk silników.
Nagle Kasia się zatrzymała.
— Nie… zatrzymam ich.
Anna odwróciła się z przerażeniem.
— Co ty mówisz?!
— Inaczej dogonią nas wszystkich.
Piotr złapał ją za ramię.
— Nawet o tym nie myśl!
Ale Kasia nagle się uśmiechnęła. Po raz pierwszy tej strasznej nocy.
— Przez trzy lata żyłam jak martwa. A on musi żyć normalnie.
Delikatnie dotknęła twarzy syna.
A potem gwałtownie pobiegła w przeciwną stronę — ku staremu mostowi nad rzeką.
Rozległy się krzyki mężczyzn.
Kilku rzuciło się za nią.
Po minucie ciemność rozdarł okropny odgłos uderzenia metalu, a zaraz potem pisk hamulców.
Później wszystko ucichło.
Anna krzyknęła z rozpaczy.
Ale Piotr pociągnął ją dalej.
Do domu byłego śledczego dotarli dopiero o świcie. Pan Jan wysłuchał ich w milczeniu, a potem natychmiast skontaktował się ze swoimi dawnymi znajomymi w komendzie wojewódzkiej.
Dwa dni później zaczęły się zatrzymania.
Na jaw wyszła przerażająca prawda: siatka sprzedająca dzieci naprawdę działała przez długie lata. W sprawę zamieszani byli lekarze, urzędnicy i byli policjanci.
Marek został ujęty podczas próby ucieczki.
Ciało Kasi znaleziono przy moście.
Ocaliła syna za cenę własnego życia.
Minęło pięć lat.
Mały Jakub mówił do Anny „mamo”, a do Piotra „tato”. Nigdy nie powiedzieli mu całej prawdy.
Tylko czasem wieczorami Anna wyjmowała stare zdjęcie siostry i szeptała cicho:
— Nie wróciłaś wtedy na darmo, Kasiu…
A za oknem szumiał wiatr, jakby ktoś niewidzialny wciąż czuwał nad ich domem.
