Znaleźli niemowlę przy świeżym grobie, a plastikowa opaska na jego rączce zdradziła imię kobiety, którą od trzech lat uważano za zmarłą

Anna stała nieruchomo przy kuchennym stole i nie potrafiła oderwać wzroku od maleńkiej plastikowej opaski zapiętej na rączce dziecka. Żarówka pod sufitem lekko kołysała się od przeciągu, a cisza w domu była tak gęsta, że dało się usłyszeć nawet ciężki oddech Piotra.

Kobieta jeszcze raz pochyliła się nad napisem — i poczuła, jak lodowaty chłód rozlewa się po całym ciele.

— Nie… to niemożliwe… — wyszeptała prawie bez głosu.

Piotr zmarszczył brwi.

— Co tam jest?

Anna powoli podniosła na męża przerażone oczy.

— Imię matki… tu wpisano imię mojej siostry.

Mężczyzna znieruchomiał.

— Której siostry?

— Kasi…

W kuchni nagle zrobiło się ciasno, duszno, jakby zabrakło powietrza. Piotr doskonale pamiętał to imię. Katarzyna była młodszą siostrą Anny. Trzy lata wcześniej zniknęła bez śladu w okolicznościach, których nikt nigdy nie umiał wyjaśnić. Szukała jej cała wieś: przyjeżdżała policja, wypytywano sąsiadów, przeczesywano las i brzeg rzeki. Ale dziewczyna przepadła tak, jakby rozpłynęła się w powietrzu.

Dopiero po miesiącu znaleziono przy wodzie jej kurtkę.

Wtedy wszyscy uznali, że Kasia utonęła.

Anna ciężko osunęła się na krzesło.

— Tu jest data urodzenia… dzisiejsza… — powiedziała drżącym głosem. — Ale przecież to nie może być prawda. Kasia zaginęła trzy lata temu…

Dziecko cicho zapłakało. Piotr ostrożnie wziął je na ręce i zaczął delikatnie kołysać.

— Może to tylko zbieżność nazwisk?

Anna gwałtownie pokręciła głową.

— Nie. Tu jest napisane całe imię i nazwisko: „Katarzyna Malinowska”. To ona.

Nagle za oknem z trzaskiem uderzyła furtka. Oboje drgnęli.

Piotr szybko podszedł do okna i wyjrzał na podwórze.

Nie było nikogo.

Tylko wiatr szarpał gałęziami starej jabłoni.

— Bardzo mi się to nie podoba — mruknął cicho. — Ktoś nie zostawił dziecka na cmentarzu przypadkiem.

Anna milczała. W jej pamięci zaczęły wracać obrazy sprzed trzech lat. Wtedy Kasia była zupełnie inna — roześmiana, żywa, głośna. Mężczyźni we wsi dosłownie tracili dla niej głowę. Ale pewnego późnego wieczoru przyszła do siostry cała zapłakana i powiedziała coś, czego Anna nigdy potem nie umiała zapomnieć:

„Gdyby coś mi się stało — nie ufaj nikomu”.

Wtedy Anna uznała, że siostra po prostu pokłóciła się z kolejnym adoratorem.

Tydzień później Kasia zniknęła.

Niemowlę znów cicho zakwiliło. Anna ostrożnie przytuliła je do siebie. Serce ścisnęło jej się boleśnie. Chłopiec patrzył jej prosto w oczy — uważnie, poważnie, jakby rozumiał wszystko, co działo się wokół.

— On jest do niej taki podobny… — wyszeptała.

Piotr wypuścił powietrze z płuc.

— Musimy zadzwonić na policję.

Ale Anna nagle odpowiedziała ostro:

— Nie!

Mąż spojrzał na nią z zaskoczeniem.

— Dlaczego?

Zawahała się.

— Bo… jeżeli Kasia żyje… może właśnie ci ludzie, których się bała, próbują ją znaleźć.

W tej samej chwili ktoś mocno zapukał do drzwi.

Trzy ciężkie uderzenia.

Anna krzyknęła.

Piotr powoli ruszył w stronę wejścia.

Pukanie powtórzyło się.

A potem zza drzwi odezwał się ochrypły męski głos:

— Otwierać. Przyszliśmy po dziecko…

Rozdział 2. Ci, którzy przyszli nocą

W domu zawisła ciężka, przygniatająca cisza.

Piotr stał przy drzwiach i nie odważył się nawet dotknąć klamki. Anna jeszcze mocniej przycisnęła niemowlę do piersi, jakby czuła, że jeśli je odda, wydarzy się coś strasznego.

Pukanie zabrzmiało ponownie.

Tym razem wolniej.

Ciężej.

— Otwórzcie po dobroci — znów odezwał się chrapliwy głos. — Wiemy, że dziecko jest u was.

Piotr jednym ruchem zgasił światło w kuchni. Dom natychmiast zapadł w półmrok. Tylko mała lampka przy świętym obrazku w rogu słabo migotała czerwonawym płomykiem.

— Cicho… — szepnął.

Anna niemal przestała oddychać.

Na zewnątrz rozległy się kroki. Ktoś wolno przesuwał się wzdłuż okien. Deski ganku skrzypiały pod czyimś ciężarem. Potem człowiek zatrzymał się tuż przy kuchennej szybie.

Piotr ostrożnie odsunął skrawek firanki — i poczuł zimny dreszcz na plecach.

Na podwórzu stali dwaj mężczyźni w ciemnych ubraniach. Jeden był wysoki i chudy, drugi krępy, z czapką nasuniętą prawie na oczy. Twarzy nie dało się rozpoznać w ciemności.

— Kto to jest?.. — spytała Anna ledwie słyszalnie.

Piotr pokręcił głową.

Ale nagle jego spojrzenie się zmieniło.

— Poczekaj…

— Co?

— Chyba znam jednego z nich.

Anna pobladła.

— Którego?

Piotr z trudem przełknął ślinę.

— Tego wysokiego… To chyba Marek.

To imię zabrzmiało jak uderzenie.

Marek Zieliński był kiedyś dzielnicowym. To on trzy lata temu prowadził sprawę zaginięcia Kasi. Wtedy ludzie we wsi uważali go za porządnego człowieka. Potem jednak nagle odszedł ze służby i przepadł.

Z podwórza znów dobiegł głos:

— Macie minutę. Potem wejdziemy sami.

Anna nerwowo kołysała dziecko. Chłopiec nagle ucichł i spojrzał prosto w stronę drzwi. Jego drobne paluszki zacisnęły się mocniej na rękawie jej swetra.

— Piotr… ja się boję…

Mężczyzna szybko podszedł do szafy i wyjął starą strzelbę myśliwską.

— Jeśli spróbują wejść, będziemy się bronić.

— Zwariowałeś?!

— A co mam zrobić? Oddać im dziecko?!

W tej chwili coś z hukiem uderzyło w ścianę domu za oknem. Anna krzyknęła.