— Nie wiedziałeś, że „Cukiernia Plus” należy do mnie — skinęłam głową. — Ale doskonale wiedziałeś, że jestem człowiekiem. I to cię w ogóle nie obchodziło.
Anna siedziała nieruchomo, ze spuszczonym wzrokiem. Jak zawsze.
Paweł patrzył na mnie. I nie zatrzymywał mnie. Pierwszy raz od ośmiu lat — nie zatrzymywał.
— Katarzyna — Marek zrobił krok w moją stronę — porozmawiajmy. Nie tutaj. Na osobności. Ja…
— Nie — powiedziałam. — Przez siedem lat upokarzałeś mnie przy wszystkich. Teraz ja odpowiadam ci przy wszystkich. Umowy są wypowiedziane. To moja ostateczna decyzja.
Usiadłam z powrotem. Wzięłam tartaletkę. Ugryzłam. Krem jagodowy był bezbłędny — wanilia, kwaskowość malin, idealnie wyważony smak. Byłam z siebie zadowolona.
Marek stał pośrodku mojego salonu, obok obrusu poplamionego winem, z twarzą, jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Potem odwrócił się i wyszedł. Anna podniosła się i poszła za nim. Drzwi wejściowe trzasnęły.
Przy stole zapanowała cisza. Dopiłam wodę.
Pan Zieliński odchrząknął.
— Pani Katarzyno — powiedział — pani franczyza rzeczywiście wygląda bardzo interesująco.

Uśmiechnęłam się. Naprawdę. Pierwszy raz tego wieczoru.
Kiedy goście się rozeszli, razem z Pawłem sprzątaliśmy ze stołu. Milczał. Potem w końcu powiedział:
— Rozumiesz, że teraz będzie do mnie dzwonił codziennie?
— Rozumiem.
— I co mam mu mówić?
— Prawdę. Że przyszedł do mojego domu i obraził gospodynię.
Paweł wstawił talerz do zlewu. Spojrzał na mnie.
— Powinienem był zatrzymać go dużo wcześniej.

Nic nie powiedziałam. Bo tak. Powinien był. Ale tego nie zrobił. I to też jest część całej tej historii.
Minęły dwa miesiące. Marek stracił moje kontrakty. Dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych rocznie — to poważna wyrwa. Musiał zwolnić troje pracowników. Potem przeniósł się do mniejszego biura. Opowiedział mi o tym Paweł — nadal jeździł do niego raz na dwa tygodnie.
Podobno Marek teraz wszystkim mówi, że jestem „pamiętliwa” i „świetnie wykorzystałam okazję”. Że „pomieszałam biznes z prywatą”. Że „normalni przedsiębiorcy tak nie postępują”.
Może i tak. A może normalni przedsiębiorcy nie wpychają swojej klientki do basenu.
Paweł nadal czasem jeździ do Marka sam. Nie zabraniam mu. To jego przyjaciel. Ale przy naszym stole Marek więcej nie usiadł. I jest mi spokojnie. Pierwszy raz od siedmiu lat — naprawdę spokojnie.
Tylko jedno pytanie wciąż nie daje mi spokoju.
Czy przesadziłam, wypowiadając umowy przy jego partnerach? Czy może on sam szedł do tego przez wszystkie te lata — przez sześćdziesiąt spotkań, przez „grubą idiotkę”, przez basen? A wy jak byście postąpili?