Złapali je pod stalową platformą w hali — dwa wychudzone kocięta patrzyły tak przerażonymi oczami, że nie mogłem odjechać bez nich do domu

Złapali je. Dwa przestraszone, chudziutkie maleństwa, podobne do drobnych szkielecików, wpatrywały się w ludzi oczami pełnymi lęku i zagubienia, trzęsąc się jak listki na wietrze.

Całe moje zawodowe życie, mnie, Jana Pawłowskiego, upłynęło w drodze. Służba nie pytała o wygodę: dziś jedna jednostka, jutro inne miasto, nowy adres, obce zwyczaje. Zawsze jednak jechali ze mną moi wierni czworonożni towarzysze. Od młodości byłem zapalonym psiarzem i nigdy nawet nie rozważałem, żeby zostawić zwierzęta komuś „na chwilę”, a tym bardziej na zawsze. Obowiązki mnie nie przerażały: rodzina to rodzina, a u nas była ona wspólna — ludzka i puchata.

Żona, Halina, i dzieci zawsze stali po mojej stronie. W naszym domu nie było podziału na „ludzi” i „zwierzęta”, wszyscy należeli do siebie. Pytanie: „zostają czy jadą?” w ogóle nie padało. Wyjeżdżaliśmy — to wszyscy. Wracaliśmy — też razem.

Kiedy przyszedł czas emerytury i z Haliną wróciliśmy w rodzinne strony pod Lublin, to właśnie ona otworzyła przed nami nowy rozdział. Pewnego dnia przyniosła z pobliskiego sklepu bezdomną kotkę: wychudzoną, ciężarną, a przy tym tak ufnie przyklejoną do człowieka, że aż ściskało za serce. Uczepiła się kawałka kiełbasy, który kupiła Halina, i już jej nie odstąpiła, jakby instynkt podpowiedział jej: tutaj będzie dom.

Pusia — tak nazwaliśmy naszą nową lokatorkę — bardzo szybko stała się ulubienicą. Wkrótce urodziła pięć kociąt. Jedno zostało u nas, resztę rozdaliśmy rodzinie i znajomym. Z tego, który został, wyrósł kot Stefan, a rok później dołączyły jeszcze dwa: Michałek i Gustaw.

Tak się złożyło, że ja, stary psiarz, stałem się zagorzałym kociarzem. Koty zadomowiły się błyskawicznie i tak naturalnie weszły w naszą codzienność, że sam się dziwiłem: jak ja wcześniej żyłem bez ich cichej, mądrej czułości? Okazało się, że podobnie jak psy chodziły za mną krok w krok i wyczuwały nawet najdrobniejszą zmianę nastroju.

W miejskim mieszkaniu z czasem zaczęło robić się ciasno: dzieci dorosły, każde poszło w swoją stronę, a my z Haliną uznaliśmy, że w dużym mieście nie ma już dla nas nic ważnego. Sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy porządny dom z ogrodem w jednej ze wsi niedaleko Lublina.

To była jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu. Psy i koty od rana do wieczora ganiały po ogrodzie. My spacerowaliśmy, patrzyliśmy, jak bawią się na świeżym powietrzu, i cieszyliśmy się razem z nimi.

Na początku maja Halina poprosiła mnie, żebym podjechał do zakładu po zamówioną wcześniej szklarnię na działkę. Pojechałem, zapłaciłem — wyszło dziewięćset złotych — i wszedłem do hali, żeby sprawdzić stelaże oraz płyty poliwęglanu.

Kiedy pracownicy podnosili platformę z resztkami metalowych konstrukcji, spod spodu dobiegło żałosne piszczenie.

— A więc tam się schowały — mruknął chłopak w roboczym kombinezonie. — Nie tam szukaliśmy. Dajcie znać panu Andrzejowi.

Po chwili podszedł do nas majster hali.

— No i co, znaleźliście? — zapytał. — Trzeba to usunąć. Potem mnie będą pytać, skąd się tu wzięły jakieś zwierzęta.

Nie wytrzymałem i zwróciłem się do chłopaka:

— O co tu chodzi?

Westchnął i opowiedział. Mniej więcej miesiąc wcześniej pod halę przybłąkała się kotka i okociła się prosto pod sprzętem. Ludzie po cichu próbowali ją dokarmiać, żal im jej było, biedna była strasznie. A kiedy dowiedziało się kierownictwo, padł rozkaz, żeby pozbyć się kociąt — bo niby zagrożenie, bo alergia u kogoś. Przenosili maluchy, matka znosiła je z powrotem, a potem zniknęła. Uznali, że zabrała je ze sobą, ale najwyraźniej nie dała rady. Od kilku dni samej kotki nikt nie widział, a małe zostały.

— Ile ich tam jest?

— Dwa. Rudy i czarno-biały. Zaraz pokażemy.

Wystarczyło, że robotnicy przechylili platformę, a dwa maleńkie kłębki wyskoczyły na zewnątrz, żałośnie popiskując, i rozbiegły się po hali. Łapała je cała brygada. W końcu złapali.

Kocięta były brudne, przeraźliwie chude, rozglądały się szeroko otwartymi oczami, drżały i wciskały jedno w drugie. Czarno-białe miało zakrwawiony nosek. Jeden z pracowników ruszył z nimi w stronę wyjścia.

Poczułem, jak coś ściska mnie za serce.

— Stójcie! Dokąd z nimi?

— Za bramę. Nikomu nie są potrzebne. Tu psy z okolicy kręcą się jak szalone, zaraz je rozszarpią.

— Chwileczkę. Ja je zabiorę. Znajdzie się jakieś pudełko?

— Poważnie?! — chłopak aż się zdziwił. — Panie, dzięki wielkie. Tu wszędzie psy, one by nie miały żadnych szans.

O pudełko postarała się pani kadrowa, Barbara Nowakowa. Przyniosła karton i kawałek miękkiej szmatki. Droga do domu dłużyła mi się bardziej niż zwykle: co chwilę zerkałem do tyłu, na moich kudłatych pasażerów. Cały czas myślałem tylko o jednym: co powie Halina?

W domu czekała już na szklarnię.

— Wszystko w porządku? — zapytała, gdy tylko przekroczyłem próg.

— Tak, wszystko gotowe. Ale przywiozłem jeszcze kogoś.

Zajrzała do kartonu i aż westchnęła. Przed nią siedziały dwa brudne, zawstydzone kociaki. Założyła rękawiczki i zaczęła je oglądać. Rudy piszczał i pchał się do siostry, a ta, łaciata, syczała i drapała przy każdej próbie obejrzenia nosa. Dzikie były do granic możliwości.

Kiedy kocięta łapczywie jadły i piły, przygotowaliśmy im legowisko i postawiliśmy kuwetę. Ku naszemu zdziwieniu łaciata koteczka od razu zrozumiała, do czego służy, a nawet wepchnęła do niej swojego zdezorientowanego brata, jak doświadczona kocia gospodyni. Radości nie kryliśmy: najważniejszy punkt wychowania maluchy miały już opanowany.

Niedługo potem z podwórkowego spaceru wróciła nasza kocia kompania. Pusia, mimo całego macierzyńskiego doświadczenia, przyjęła nowych wrogo: sierść stanęła jej dęba, syczała i wycofała się za szafę, pociągając za sobą synów. W domu miała pełnię władzy i jeśli trzeba było, bez wahania potrafiła wymierzyć wychowawczy klaps.

Halina próbowała mnie pocieszyć:

— Na stałe przecież nie damy rady ich zostawić. Dobrze, że są dwa. Podrosną, oswoją się, poszukamy im domu. A na razie trzeba im nadać imiona. Niech będą Franek i Tosia.

— Niech będą — zgodziłem się. — Proste, domowe.

Tosia szybko przejęła dowodzenie. Rządziła rudym Frankiem, który był mniejszy, słabszy i stale ciągnął do nas, a ona zaraz odciągała go pod stół, pod łóżko albo w szczelinę między kanapami. Tak dzikich kociąt jeszcze z żoną nie widzieliśmy. Z kryjówek wychodziły tylko nocą albo wtedy, gdy w pokoju nikogo nie było — zjeść, napić się, cichutko skorzystać z kuwety.

Pewnej nocy Halina obudziła się, bo ktoś krzątał się przy jej głowie i ciągnął ją za włosy. To był Franek: układał się na poduszce, jakby wił sobie gniazdo, a Tosia siedziała w nogach i mruczała. Następnej nocy położyliśmy im na poduszce starą futrzaną czapkę. Franek od razu wsunął się pod futro, a siostra przytuliła się do niego.

Gdy kocięta nabrały sił i przyzwyczaiły się do rąk, przyszedł czas, żeby znaleźć im najlepszy dom. Franka w głębi serca prawie już uważałem za swojego, ale znalezienie rodziny dla Tosi okazało się prawdziwą męką.

Pusia z synami przyjęła Franka dość spokojnie, natomiast do Tosi odnosiła się coraz gorzej, im bardziej mała kotka dorastała. Tosia umiała się odgryźć, Franek stawał w jej obronie, ale napięcie rosło, a kocie awantury w domu nie milkły. Rodzina i znajomi odmówili przyjęcia kotki — każdy miał już swoje zwierzęta. Wtedy Halina zamieściła ogłoszenia.

Zaczęły się telefony. Najczęściej dzwonili nastolatkowie albo ludzie wynajmujący mieszkania, choć w ogłoszeniu jasno napisaliśmy: tylko dla dorosłych, najlepiej rodzinnych osób, z gwarancją odpowiedzialnej opieki.

Pewnego razu zadzwoniła kobieta o imieniu Teresa. Mieszkała niedaleko, w domu z podwórkiem.

— Jestem sama, niedawno zdechła mi kotka. Pusto się zrobiło, smutno. Chciałabym znów mieć się kim opiekować.

Już następnego dnia Teresa przyjechała. Schludna kobieta, pokazała dowód, porozmawialiśmy o sterylizacji i umówiliśmy się, że będziemy w kontakcie. Zrobiła zdjęcie, jak zabiera Tosię.

Minęły dwa dni. Franek miauczał, prawie nie jadł, leżał tylko i pił wodę. Ja też chodziłem przybity. Teresa nie dzwoniła. Halina nie wytrzymała i zadzwoniła sama. Kobieta zapewniała, że wszystko jest dobrze, ale następnego dnia i tak pojechaliśmy sprawdzić.

Brama była zamknięta. Na rogu spotkaliśmy sąsiadkę i ostrożnie zapytaliśmy:

— Czy pani Teresa jest w domu?

— Nie, w pracy, wróci późno. A państwo w sprawie kotki? U niej koty zmieniają się jak rękawiczki. Weźmie, wyrzuci, do żadnego się nie przywiązuje.

Czekaliśmy do wieczora. Teresa w końcu się pojawiła, a my byliśmy już pod bramą.

— Znowu państwo? Przecież z waszą kotką wszystko dobrze!

— Chcemy zobaczyć Tosię — powiedziała twardo Halina.

— Teraz nie mam czasu. Przyjedźcie w weekend!

Stanąłem przy wejściu spokojnie, ale stanowczo.

— Proszę ją pokazać.

W kącie kurnika siedziała nasza Tosia — brudna, skulona i przerażona.

— Dlaczego pani jej nie karmi? — oburzyła się Halina.

— Jak to nie karmię? Kot ma łapać myszy! Niech je u kur, przecież pensjonatu jej nie urządziłam!

W tej samej chwili Tosia z głośnym płaczem rzuciła się do Haliny. Zabraliśmy ją natychmiast, nie zważając na pretensje Teresy.

Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi naszego domu, pierwszy do Tosi dopadł Franek. Pusia podeszła do małej uciekinierki, dotknęła jej łapką, a potem zaczęła wylizywać brudną sierść. Kto zrozumie te koty? Mnie jednak wydawało się, że Pusia ucieszyła się z powrotu Tosi nie mniej niż my.

Sprawa nowego domu dla Tosi przestała istnieć. Została z nami na zawsze.