– No i hoduj dalej – odpowiedziała Zina, wchodząc do domu i trzaskając drzwiami.
Wieczorem Antonia opowiedziała mężowi o rozmowie.
– Wyobraź sobie, nawet nie przeprosiła! Mówi: „dzieci są dziećmi”.
– No, czego chciałaś? – wzruszył ramionami Piotr. – Łatwiej jej machnąć ręką, niż wychowywać dzieci.
– Ale to przecież kradzież! – zirytowała się Antonia.
– Tonko, nie denerwuj się. Dzieci małe, nie rozumieją – uspokajał ją Piotr.
– Najstarszy ma już trzynaście lat! Powinien wiedzieć, że nie można brać cudzych rzeczy! – oburzała się Antonia.
Piotr westchnął. Nie chciał kłócić się z sąsiadami z powodu owoców.
Kilka dni później zniknęła także porzeczka.
– Koniec, nie wytrzymam! – powiedziała stanowczo Antonia do męża.
Znowu udała się do sąsiadki. Zinaida podlewała kwiaty konewką.
– Teraz zjedli też porzeczki! – oznajmiła.
– Jakie porzeczki? – zdziwiła się Zina.
– Moje! Twoje wnuki znów przeszły przez ogrodzenie!
– Tonko, uspokój się. Dzieci tylko trochę podjadały, nie ma tragedii – mówiła sąsiadka.
– Nie trochę, ale całkowicie zerwały! Cały mój plon przepadł! – wrzeszczała Antonia.
– Dlaczego atakujesz dzieci? Sama jesteś winna! – odparła Zina.
Antonia nie mogła uwierzyć w swoje uszy.
– Jak to ja winna? – spytała.
– Kto pozwolił im biegać po twojej działce? Teraz przywykli, że wszystko można – powiedziała Zina.
– Myślałam, że dobrze zrobię! Chciałam, by dzieci się przyjaźniły – tłumaczyła Antonia.
– No to masz efekty swoich „dobrych chęci”! – skwitowała Zina, odstawiając konewkę i kierując się do domu. – I następnym razem, jeśli nie chcesz, by brali, postaw wyższe ogrodzenie. Dziury wszędzie, każdy może się przecisnąć.
– Zino, ale przecież trzeba dzieci nauczyć, że nie wolno brać cudzych rzeczy! – prosiła Antonia.
– Trzeba. Ale po co? I tak nie zrozumieją – odpowiedziała Zina.
Antonia wróciła do domu z sercem pełnym smutku. Usiadła na ławce i zaczęła płakać. Przez tyle lat pielęgnowała ogród, czekała na plon, a teraz wszystko przepadło.
– Tonko, po co te łzy? – pocieszał mąż. – W przyszłym roku będą nowe jagody.
– Nie chodzi o jagody! – wykrztusiła Antonia. – Ważne, że sąsiadka nawet nie chce przeprosić! Całkowicie się ośmieliła!
– A co z nią zrobić? Wiesz, jaka jest – odpowiedział Piotr.
Zina miała rzeczywiście opinię trudnej sąsiadki, ale do tej pory ich relacje były poprawne.
– Piotrek, zróbmy wyższe ogrodzenie – zaproponowała Antonia.
– Można, ale to kosztuje – odpowiedział mąż.
– A co zrobić? Inaczej zniszczą cały ogród – dodała.
Następnego dnia rozpoczęto budowę nowego ogrodzenia. Piotr przywiózł deski, siatkę, słupki. Pracował od rana do wieczora.
Zina obserwowała z własnego podwórka, komentując złośliwie:
– Ależ skąpi! Ogrodzenie zbudowali, żeby dzieci trzymać z dala od jagód!
Antonia milczała, zaciskając usta.
Wnuki sąsiadki również kręciły się przy ogrodzeniu, szukając dziur. Ale Piotr starannie je uszczelniał.
– Ciociu Tonko, czemu ogrodzenie? – spytała mała Kasia.
– Żeby zachować jagody.
– A możemy się nadal bawić u was? – zapytała.
– Nie, już nie – odparła Antonia.
Ogrodzenie pomogło, ale relacje z sąsiadką były ostatecznie zepsute. Zina odwracała się przy spotkaniach, a dzieci już nie przychodziły.
– Skąpiradu! – wołały przez ogrodzenie. – Babcia-skąpucha!
Antonia starała się ignorować te słowa, ale bolało. Kiedyś ogród wypełniał się dziecięcym śmiechem, teraz panowała cisza.
Tymczasem Zina opowiadała innym działkowcom swoją wersję:
– Wyobraźcie sobie, jakie skąpe! Dzieciom nie pozwala dać jagód! Postawili wysokie ogrodzenie!
– Ale ile zjedli? – pytali sąsiedzi.

– Trochę garścią! A ona mówi, jakby miliony ukradli!
Wersja Ziny brzmiała korzystniej. Kto uwierzy, że dzieci mogły zjeść cały plon z krzewów?
Stopniowo w społeczności działkowców zaczęto uważać Antonię za skąpą i złośliwą, a Zinę za dobrą babcię, która sama wychowuje pięcioro wnuków.
Pod koniec lata sytuacja tylko się pogorszyła. Dzieci sąsiadki, nie mogąc dostać się do ogrodu, zaczęły mścić się inaczej. Przeskakiwały piłką przez ogrodzenie, podrzucały śmieci. Pewnego ranka Antonia odkryła papierki i niedopałki porozrzucane po warzywniku.
– Zino, wytłumacz wnukom! – krzyknęła.
– Co zrobili? – spytała sąsiadka.
– Śmieci porozrzucili po ogrodzie!
– Skąd wiesz, że twoje? – odpowiedziała Zina. – Może wiatr przyniósł.

Dzieci wciąż dokuczały, polewając wodą przez ogrodzenie lub rzucając kamykami w okna. Antonia zrozumiała, że babcia nie tylko nie powstrzymuje ich, ale wręcz zachęca.
– Może, Piotrek, zgłosić to na policję? – zapytała.
– Tonko, daj spokój. Nie będziemy psuć komuś życia przez dziecięce figle – odpowiedział mąż.
– Ale przecież dokuczają! – upierała się Antonia.
– Przetrwamy. Wkrótce lato się skończy i wyjadą – pocieszał Piotr.
I rzeczywiście, pod koniec sierpnia hałaśliwa ekipa wyjechała do miasta. Antonia siedziała wieczorem na ławce, myśląc o kolejnym lecie. Pewnie Zina znowu przywiezie pięcioro wnuków. Co wtedy? Ponownie napięte relacje przez ogrodzenie, kamienie na warzywniku i wyzwiska? Dzieci uznały ją teraz za złą babcię-skąpucha, a ich babcia nie miała zamiaru ich pouczać.
Ogród nie był już miejscem radości i odpoczynku – stał się twierdzą, w której trzeba było bronić nie tylko jagód, ale i spokoju ducha.