— To już nie jest trudny charakter, panie Stanisławie — Anna pokręciła głową. — To brak szacunku do mnie, do moich rodziców i do mojego małżeństwa.
— Wiem — teść rozłożył bezradnie ręce. — Porozmawiam z nią. Tylko nie bierz tego tak bardzo do siebie.
Anna skinęła lekko głową, choć doskonale wiedziała, że takie rozmowy niczego nie zmienią. Wyjęła deser i zaczęła nakładać porcje do pucharków.
Wtedy do kuchni wszedł Marek.
— Aniu, jak się trzymasz? — spytał, unikając jej wzroku.
— Jak myślisz? — odpowiedziała cicho. — Twoja matka właśnie zażądała, żebym oddała moją ślubną obrączkę twojej siostrze, a ty milczałeś.
— Wiem — potarł kark. — Po prostu sama rozumiesz, jaka ona jest. Czasem lepiej puścić takie rzeczy mimo uszu.
— Puścić mimo uszu? — Anna spojrzała na niego z niedowierzaniem. — To nie była przypadkowa uwaga. To było żądanie, żebym oddała coś, co jest dla mnie ważne. A ty proponujesz, żebym udawała, że nic się nie stało?
— Nie, oczywiście, że nie — podszedł bliżej, próbując ją objąć, lecz odsunęła się. — Nie chcę skandalu. Dokończmy ten wieczór, a potem poważnie z nią porozmawiam.
— Tak jak ostatnim razem? I przedostatnim? — Anna uśmiechnęła się gorzko. — Za każdym razem obiecujesz rozmowę, a nic się nie zmienia.
Postawiła pucharki na tacy.
— Wiesz co? Zanieś deser sam. Ja się położę. Pęka mi głowa.
Wyszła z kuchni, starając się iść prosto. Weszła do salonu i skinęła gościom.
— Przepraszam, źle się poczułam. Marek przyniesie deser. Smacznego.
Potem zamknęła się w sypialni, dokładnie domykając za sobą drzwi.
Po godzinie usłyszała, jak goście się żegnają. Pożegnanie było sztywne i pełne napięcia. Gdy drzwi wejściowe wreszcie się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza.
Marek ostrożnie zapukał do sypialni.
— Aniu, mogę wejść?
Nie odpowiedziała. Uchylił drzwi i zajrzał do środka. Anna siedziała na brzegu łóżka, patrząc przez okno.
— Poszli? — zapytała, nie odwracając głowy.
— Tak — Marek usiadł obok niej. — Kasia przeprosiła za mamę. Tomasz też. Było im bardzo niezręcznie.
— A tobie? — Anna odwróciła się do niego. — Tobie było niezręcznie?
Marek powoli wstał, podszedł do okna i spojrzał na migoczące światła miasta. Dopiero wtedy dotarło do niego, że nie da się wiecznie stać w cieniu cudzych oczekiwań. Musiał wreszcie wybrać: matczyne żądania albo własne małżeństwo, cudzy głos albo własne szczęście.
